wtorek, 18 sierpnia 2015

ISTOTA

 - Czego ode mnie chcesz? - zapytałam, podchodząc bliżej
          Tym razem kobieca postać zrobiła kilka kroków w moją stronę. W kilka chwil była na wyciągniecie ręki.
          Nadal nie mogłam rozpoznać jej twarzy, znajdującej się w cieniu kaptura, ale mogłam dostrzec, że była smukła w budowie, i że nosiła czarne rękawice na delikatnych chudych palcach.
 - Duchy twojej przeszłości...Wrócą do ciebie. - szepnęła anielskim głosem
          W momencie ciszy podniosła swą głowę by napotkać moją. Kilka kosmków złotych włosów wymknęło się spod kaptura i opadło na jej pierś. W ciemności, która ją pochłaniała były dwie rzeczy, które były obrazowo jasne – jej różano czerwone usta i osobliwe oczy.
          To były niesamowite oczy. Ich kolor był niemal tak świetlisty jak włosy, ale złoto okrążała czarna obręcz. Może ciemny czerwony albo ziemisto brązowy.
          Przypominały mi coś nieziemskiego i obcego.
 - Ja...Nie rozumiem. - jęknęłam, kręcąc głową i przesuwając wzrok na ziemię. Mój umysł desperacko próbował zrozumieć co ona sugeruje. Ale w momencie, w którym dokończyłam zdanie i podniosłam wzrok liście zaszeleściły przez nagle wzmagający się wiatr. Już jej nie było.
 - Tajemnice tkwią w przeszłości. - jej głos roznosił się między drzewami w powietrzu dookoła mnie.
          Odwracając się na pięcie, rozglądałam się by zobaczyć gdzie ona zniknęła, ale nigdzie nie było jej widać. Przeczesując teren, szukałam jakichkolwiek znaków świadczących o jej obecności: złamanych gałązek, pogniecionych liści, poprzewracanych kamieni – czegokolwiek. Nie było pojedynczego śladu. Roztargniona, zaczęłam się zastanawiać czy naprawdę ją widziałam, czy może była wytworem mojej wyobraźni. Było tak jakby całkowicie zniknęła.
          Stałam zahipnotyzowana, pochłonięta strachem. Nie mogłam pojąć co widziałam, ani tego co ona miała na myśli. Usiadłam w pobliżu pnia, zagubiona  w otchłani moich myśli dopóki słońce porządnie nie zaszło.
          Kiedy w końcu byłam w stanie zebrać się w sobie, w oszołomieniu wpadłam do domu.
- Halo? Ktoś jest w domu? - krzyknęłam, rzucając klucze na drobną szafkę w małym przedsionku. Przekroczyłam próg salonu szukając ojca. Większość nocy siedział tutaj w swoim dużym, brązowym, skórzanym fotelu z piwem na stole obok, przeglądając lokalne wiadomości.
 - Lakota? - brat Notak wyszedł z korytarza, który prowadził do trzech małych sypialni. Podszedł do lodówki i zabrał jabłko. Wziął dużego gryza, zamykając lodówkę.
 - Gdzie jest Wakiza? - spytałam nieco zaniepokojona
 - Ćwiczy musztrę z Jesse'im i wojownikami. - wybełkotał z pełną buzią – Zajmują się jakimś martwym zwierzęciem w południowo-wschodniej części Willamette - wyjaśnił
 - Tak, Kyle i ja sprawdzaliśmy dzisiaj górskiego lwa, zapytałam Kotan'a i Yuri'ego czy mogliby pozbyć się go za niego.  Dlaczego ojciec się w to zaangażował?
 - Nie wiem. Kotan zadzwonił do niego jeszcze nie tak dawno. Powiedział, że jest coś bardzo dziwnego w całej tej sprawie.  - nagle jego postawa zmieniła się ukazując podejrzenie – Co się dzieje? To znaczy myślałem, że strażnicy zostawiają takie sprawy naturze. Czego mi nie mówisz?
          Westchnęłam. Nie było sposobu by to przed nim ukryć. Zbyt dobrze mnie znał.
 - Nie jestem pewna, ale to było dziwne. Tylko małe rzeczy, które… nie pasowały. Może Kotan i Yuri czegoś się dowiedzą. Mają większe doświadczenie ode mnie. Ale mam nadzieję, że nie wezmą Jesse'iego. On nie jest gotowy. - powiedziałam zmartwiona.
 - Pierwotnie Jesse nie poszedł. Ale kiedy Kotan zadzwonił, spytał Wakizy, czy może go przyprowadzić. Powiedział coś o tym, że to będzie dobre ćwiczenie. Nie widzieli czegoś takiego już od dawna. Miej trochę wiary. Jesse ma trochę szalonych umiejętności i szybko się uczy. - powiedział z komicznym ożywieniem.
 - Po prostu nie popieram taty obsesji by zrobić z niego wojownika. To jeszcze dziecko. - Zamyśliłam się. W głębi umysłu byłam zaniepokojona tym co widziałam wcześniej. Co to znaczyło?
 - Jesse ma czternaście lat. Nie jest już małym chłopcem. Przecież nie polują na niedźwiedzia, ani nic takiego. Po prostu sprzątają bałagan. Dlaczego tak się przejmujesz? - nabrał podejrzeń – O co chodzi z tymi wszystkimi zwątpieniami? Chcesz mi coś powiedzieć?
          Zaczęłam wracać myślami do górskiego lwa, nietypowych ran i dziwnej kobiety. Czy byli ze sobą powiązani? Nie było tak, że nie ufałam Notak'owi. Ufałam mu swoim życiem. Po prostu nie byłam pewna, czy nie będę żałować jeśli go w to wciągnę.
 - Oni po prostu nie wiedzą, co mogą tam napotkać. Coś mi nie gra w całej tej sprawie.
 - Jezu, Kota. Widziałaś Wielką Stopę albo coś takiego? Wszystko będzie z nimi w porządku. Nie rozumiem dokładnie całego tego biznesu „wojowników”, ale ty wiesz lepiej niż ja, że ojciec wie co robi. I odpuść Jesse'iemu. Dzieciak ma węch wilka. Jest urodzonym łowcą i tropicielem.
          W mglistych wspomnieniach powróciłam myślami do dnia narodzin Jesse'iego. Był pierwszym dzieckiem w plemieniu urodzonym po masakrze. Jego pojawienie się było punktem zwrotnym dla naszych ludzi. Był brzaskiem nowej nadziei.
 - Tak. Zdecydowanie ma coś w sobie. Pamiętasz jak odmówił marszu. Nigdy nie chciał przestać się płaszczyć. A pamiętasz jak miał w zwyczaju rozmawiać z wilkami? I jak miał dwa lata kiedy postrzelił swoją pierwszą wiewiórkę. - przypomniałam
 - Hey. Pamiętam jeszcze kogoś. Wiem kto spał w wilczej norze. Oh, czy wspomniałem, że razem z wilkami? - powiedział, efektownie opisując moje dzieciństwo. - Daj spokój, Kota. Jest dobry w tym co robi. Pozwól mu być sobą. Nie bądź hipokrytką. Macie więcej wspólnego niż przyznajesz.
 - Tak i to mnie przeraża. - powiedziałam – Jest dla mnie jak młodszy brat.
 - Cóż, teraz wiesz jak się czuję. - powiedział, puszczając oko.
          Nie zareagowałam. Otworzyłam lodówkę i wzięłam jedno jabłko dla siebie.
 - To był długi dzień. Idę się położyć. - powiedziałam biorąc gryza
 - W porządku. Jak zawsze mam nadzieję, że coś się zmieni dzisiejszej nocy.
          Idąc w stronę pokoju, szybko odwróciłam się przez ramię by wyłapać jego smutne spojrzenie. Wiedział tak dobrze jak ja co przynosi noc.
 - Ja też. - mruknęłam
          Mój niespokojny sen nadszedł szybko. Przybył koszmar, a potem agonia. Ta noc nie różniła się od żadnej z poprzednich przez ostatnie cztery lata. Tym razem przypuszczałam, że znajomy głos należy do niej. Nie był to już obcy szept. Był to głos kobiety z lasu. Kobiety z różano czerwonymi ustami, dziwnymi oczami i nieziemskim głosem.
          Kiedy tak jak zawsze obudziłam się cała spocona, mogłabym przysiąc, że widziałam te nieprawdopodobne oczy wyglądające przez okno. Przez moment, leżałam zastanawiając się co widziałam, ale w końcu popadłam w bezsenność. Następną rzeczą jaką czułam były promienie słońca ogrzewające moją brązową skórę.
          Wstałam i ubrałam się w mniej niż dwie minuty, ale tym razem założyłam skórzane mokasyny, zamiast moich standardowych butów. Tak szybko jak mogłam wymknęłam się z domu, unikając spotkania z Wakizą lub Notakiem. Rzuciłam buty na siedzenie pasażera i wskoczyłam na miejsce kierowcy. Przekręciłam kluczyk, uruchamiając silnik Explorer'a i wywlekłam się na drogę wyjazdową z rezerwatu. Pojechałam w dół główną drogą, wyciągając komórkę.
 - Kyle, to ja. Cześć, mam coś czym muszę się zająć zanim przyjadę, w porządku? - spytałam
 - Oczywiście. - powiedział z lekkim wahaniem.
 - Dzięki. Widzimy się za kilka godzin. - szybko się rozłączyłam, nie pozwalając na dalszą rozmowę i jakiekolwiek pytania. Po jakiejś godzinie zatrzymałam się po północno-zachodniej stronie jeziora Blair. Wysiadłam i wzięłam głęboki oddech. Popędziłam sprintem w stronę miejsca gdzie był górski lew.
          Wkrótce byłam tam gdzie powinnam. Widziałam połamane gałązki i przygniecione liście w miejscu gdzie leżała. Z niewielkiej odległości, zobaczyłam ogień, pochłaniający jej szczątki.
          Miejsce pożaru było bardzo czyste i schludne. Przypominało, że pozostał po niej jedynie popiół i dym. Mój strach się urzeczywistnił. Paliliśmy szczątki tylko wtedy kiedy zwierzę było chore. Wiedziałam, że coś złego działo się w lesie. Zaczęło mnie ogarniać przerażenie.
          Bez celu wędrując po lesie przez godzinę myślałam o wszystkich tych dziwnych rzeczach, które wyszły na jaw poprzedniego dnia.  Czy mogły być przypadkowe i niepowiązane? Czy był jakiś związek pomiędzy wszystkimi, dziwnymi zdarzeniami?
          Napływające myśli, las, szukałam czegoś, ale nie byłam pewna czego dokładnie. Czułam się jakbym wiedziała gdzie powinnam iść. Zupełnie jakbym była przyciągana przez jakieś pole magnetyczne.
          Nagle zdałam sobie sprawę z bolesnego ukłucia w głębi mojego umysłu, bolesne uczucie, z którym byłam zaznajomiona. Przez moment obudził wszystkie moje zmysły. Tajemnie rozejrzałam się po podłożu, biorąc pod uwagę, z której strony mech obrastał drzewa bym mogła określić przybliżone położenie miejsca, w którym się znajduję. Ale ukłucie, które poczułam nie było spowodowane myślą o tym, że mogłam się zgubić.
          W gardle utworzyła się gula, a mój oddech stał się ciężki i żmudny. Moje nogi wydawały się być pokryte metalem,  obraz mi się rozmazał, a głowa pulsowała. Poczułam niekontrolowany impuls by uciekać, ale moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Desperacko próbowałam wydostać się z tego sparaliżowanego stanu.
          Próbowałam odwrócić się w stronę, z której przyszłam: to wydawało się dobrym początkiem, ale uderzył mnie rozdzierający ból niczym oceaniczna fala napierająca na skalny klif. Promieniował w dół mojego kręgosłupa przez klatkę piersiową, w ręce i nogi aż palce i stopy były odrętwiałe z bólu. Nie było to odosobnione. Do tego jeszcze intensywnie huczący ból z tyłu głowy podobny do migreny.
          To było prawie jak nocna agonia, z tym, że byłam całkowicie przytomna, a do tego był dzień.
          Nieruchoma i nie zdolna by znieść ból, upadłam na kolana w tym samym czasie ściskając głowę i ciało. Bolesny jęk wypełnił moje uszy, ale dopiero sekundę potem zdałam sobie sprawę, że należał do mnie.
          Czas wydawał się zwolnić, może nawet całkowicie zatrzymać.
          Drapanie w klatce uniemożliwiało nabranie powietrza. Zupełnie jakby w atmosferze było za mało tlenu.
          I wtedy tak nagle jak wszystko się zaczęło, dziwny atak zgasł niczym fala cofająca się do oceanu. Promieniujący ból ustąpił miejsca nudnej, znośnej dolegliwości. Moje oczy czuły się jak w ogniu. Obraz stał się niezwykle wyraźny, chociaż kolory świata wyblakły do odcieni czerni, bieli i szarości. Moje nogi wróciły, ale swędziały i płonęły. Każdy nerw w ciele krzyczał we mnie.
          Nie rozumiałam co się dzieje.
          Przez kilka sekund, które wydawały się wiecznością natychmiast stałam się świadoma jednej, bardzo niepokojącej prawdy.
          Nie byłam sama.
          Tym razem nie była to ta dziwna kobieta. Ta postać nie była pokryta anielską aurą. Nie, ta była mroczniejsza.
          Uniosłam się na stopach gotowa na tego który tam był.
          To, czymkolwiek lub kimkolwiek było, znajdowało się za mną, śledząc mnie z kierunku, z którego przyszłam.
          Mogłam to wyczuć. Groźne i niebezpieczne przeczucie.
          To nie było ani zwierzę, ani człowiek. 
          Zaraz! Skąd mogłam to wiedzieć? - pomyślałam.
Oszołomiona, wciągnęłam powietrze niczym wściekły pies. Zamarłam, wciąż jak nieżywa, przerażona sama sobą kiedy zorientowałam się, że nagle znam różnice zapachu pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem.
          Niemożliwe!
          Mój umysł odrzucił myśl, która natychmiast weszła mi w głowę. Odwróciłam się na pięcie z prędkością, jaką wcześniej zwyczajnie nie byłam w stanie. Niemożliwie nieludzką.
          Kiedy wyszłam z mojego oślepiająco szybkiego zwrotu, zobaczyłam sylwetkę mężczyzny.
          Zniknął tak szybko, że byłam pewna, że było w nim coś nienaturalnego. Była to postać człowieka, ale nie wyłapałam jego twarzy. Jedynie cień ducha, którego zostawił za sobą.
          Tylko szept szelestu liści był dowodem tego, że coś tam przed chwilą było.
          Liście drzew ponownie zaszeleściły, tym razem w bardziej przewidywalny sposób, jakby odleciał ptak i zostawił jedynie dźwięk trzepoczących skrzydeł oraz szmer wiatru.
          Dziwnie upojny zapach uniósł się pomiędzy drzewami. Nie wiedziałam czym on jest, ale przypadkowo się nim zaciągnęłam.
          Pachniało niemal jak świeża skóra, którą przygotowywałam w domu, ale było w nim coś słodkiego, jak syrop klonowy albo miód.
          Nie byłam sama. Był tam...między drzewami.
 - Wiem, że tam jesteś. Pokaż się. - zażądałam władczo, zaskakując samą siebie.
          Nie byłam odważnym bohaterem. Byłam wstrząśnięta moim nietypowym pokazem odwagi i determinacji, w którym nie mogły do mnie dotrzeć strach, groza lub panika. Zamiast tego czułam się niezwykle mocna, spokojna i pewna siebie.
          Poczułam się potężna.
 - Dalej ty sukinsynie. Chcesz mnie? - kpiłam, drażniąc go – Chcesz mnie? No dalej.
          Pierwszy raz od dawna czułam się dobrze we własnej skórze.
          Czekałam tam, moje oczy płonęły z determinacją, obserwując sklepienie nade mną. Mogłam usłyszeć każdy spadający liść, każdą krople rosy, każdy szept wiatru. Ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi na moje żądanie. Stałam się nagle świadoma swojej złości. Byłam wściekła, że moje żądania nie były spełnione.
          I wtedy tak nagle jak wszystko się stało tak samo szybko wyparowało. Uczucie potęgi i kontroli zniknęło tak niespodziewanie jak się pojawiło. Nieuchronnie czekałam, aż coś się wydarzy. W jakiś sposób wiedziałam, że tak będzie.
          Stało się to zaledwie sekundę potem. Gula w moim gardle, moje ociężałe nogi, ból głowy. Panika, strach, nawet przerażenie. Po raz pierwszy od momentu, w którym moje małe, senne odrętwienie się zaczęło, pojawił się strach, który uchwycił mnie jak jeszcze nic co czułam wcześniej.
          Mogłam usłyszeć mocne walenie własnego serca. Wtedy powrócił dziesięciokrotny ból, całe moje ciało niekontrolowanie drżało. Moje oczy znowu płonęły, a  tubalny krzyk w mojej głowie sprawił, że moje uszy zaczęły pulsować.
          Starałam się odnaleźć siłę by ruszyć, by się wydostać, ale zamiast tego upadłam na ziemię przezwyciężona przez ból.
 - Co się do diabła dzieje? - szepnęłam
          Nie byłam sama. Pomimo wszystkiego, wciąż byłam tego boleśnie świadoma. Ale ból był tak okropnie nie do zniesienia, że nie obchodziłoby mnie gdyby ktoś lub coś był gdzieś tam by mnie skrzywdzić.
          Jedynie desperacko pragnęłam by ból ustał. Był bardziej intensywny niż doświadczyłam, w którejkolwiek z moich bezsennych nocy. Wijąc się na ziemi przez kilka minut, w końcu wywlokłam się na równe nogi i zdołałam zrobić niewiele  kroków naprzód, jęcząc cały czas.
          Mogłam czuć jego wzrok na sobie. Naparłam naprzód kolejne trzy kroki. Oczekiwałam, że każdy będzie moim ostatnim, mając nadzieję, że moja męka wreszcie się skończy. Ale koniec nie nadszedł, a cierpienie trwało torturując mnie dopóki nie byłam przekonana, że mój mózg może się stopić w każdym momencie.
 - Co do diabła jest ze mną nie tak? - wymamrotałam, odwracając się dookoła, obserwując las. Mogłam wyczuć, że on wciąż gdzieś tam jest. Gdzieś blisko, wciąż mnie obserwując.
          Potykałam się krok za krokiem, aż w końcu dotarłam do mojego Explorera. Wspięłam się i zwaliłam na siedzenie, zamykając za sobą drzwi. Ściskając kierownicę, jakby zależało od tego moje życie, starałam się opanować i odzyskać spokój. Mijały minuty, a ja siedziałam tam starając się złapać oddech i czekając aż ból ucichnie. Moje nogi niekontrolowanie drżały, a klatka piersiowa ciężko się unosiła.
 - Po prostu oddychaj, Kota. - powiedziałam sobie. Powoli, ale na pewno mój oddech się wyrównał, a nerwy się uspokoiły.
 - Lakota!
Prawie wyskoczyłam z siedzenia i dostałam ataku serca. Odwróciłam się znajdując Notaka walącego w okno kierowcy i krzyczącego moje imię.
 - Kota! Wszystko w porządku? Otwórz drzwi! - desperacko na mnie krzyczał
          Oszołomiona spełniłam jego polecenie i otworzyłam drzwi. W momencie, w którym się wychylił, szybko zdałam sobie sprawę, że zostałam przyparta. Nagle przezwyciężona przez słabość, opadłam na siedzenie wprost w muskularne ramiona Notak'a. Przywrócił mnie na ziemie, delikatnie ujmując moją lewą dłoń w swoją.
 - Kota co ci się stało? - zapytał, jego oczy obserwowały moje ciało z niedowierzaniem.
          Spojrzałam w dół i zamarłam w zupełnym szoku. Moja biała koszulka była przemoknięta mieszaniną potu i krwi, poszarpana w tak wielu miejscach, że nie mogłam ich zliczyć. Miałam rany wszędzie, krwawe nacięcia i zadrapania, które wyglądały jakbym była zaatakowana przez wilka lub psa. Odwróciłam ręce dłonią do góry. One również były pokryte moją własną krwią, głównie wokół paznokci.
 - Kota! - nalegał
 - Ja...Ja nie wiem. - wydukałam – Tam coś było.
 - Cholera, Kota! - krzyknął gniewnie – Wiem, że przechodzisz ostatnio przez jakieś dziwne gówno, ale to już zbyt wiele. - powiedział – Musisz przestać być taka twarda i powiedzieć mi w coś ty się kurwa wpakowała?
          Mogłam wyczuć łzy napływające mi do oczu. Jeśli było coś w życiu czego najbardziej nienawidziłam to właśnie dostrzeganie jak wiele cierpienia sprawiałam Notak’owi. Odwracając twarz w stronę lasu, starałam się powstrzymać łzy. Wtedy zobaczyłam Kotan'a stojącego na krawędzi puszczy. Był wysoki i przystojny, a jego potężne mięśnie przedzierały się przez ciemną, brązową skórę.  Długie, czarne włosy sięgały silnej, rzeźbionej szczęki. Spojrzenie pełne troski było niezaprzeczalne.
 - Mam ją! - krzyknął do niego Notak, ale jego oczy nigdy mnie nie opuściły. Kotan zawahał się na moment, a potem odwrócił i pobiegł w stronę lasu.
 - Notak proszę, musisz mi uwierzyć. - błagałam przez łzy –  Ja...Ja naprawdę nie wiem. - powiedziałam oszołomiona.
          Patrzył na mnie starając się oszacować moją szczerość. Po kilku niekomfortowych chwilach ciężko westchnął i opadł z powrotem na siedzenie. Patrzył prosto jakby zastanawiał się co dalej zrobić.
 - Coś tam jest. Kotan widział to ostatniej nocy. Nie powinno cię tam być. - Jeszcze raz na mnie spojrzał zanim chwycił mnie w swoje ramiona. Owinęłam moje dłonie dookoła jego karku, witając jego uścisk. Uniósł mnie i ostrożnie posadził na miejscu pasażera. Bez słowa zajął miejsce kierowcy i uruchomił silnik. Wiedziałam, że mi wierzy. Czuł się bezradny i sfrustrowany, ale byłam pewna, że mi wierzy.
          Po krótkiej jeździe zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Nadal bez ani jednego słowa wysiadł z furgonetki i podszedł od strony pasażera by otworzyć mi drzwi. Przez chwilę niósł moje słabe ciało, zanim dotarł do małej zatoki.
          Posadził mnie na kamieniu, ściągnął koszulkę i zamoczył ją w wodzie strumyka.
 - Notak jest za zimno. - zaprotestowałam
 - Nie martw się o mnie. Nic mi nie będzie. - zapewnił.
Delikatnie zaczął zmywać przyklejoną krew i ziemię z mojej twarzy. Potem to samo zrobił z rękoma, brzuchem i nogami.
          Po chwili wzięłam od niego koszulkę i zaczęłam oczyszczać moje rany samodzielnie, kiedy on  obserwował mnie z uwagą.
          Wzięłam duży łyk wody z rzeki i przełknęłam go. Lodowaty płyn przemieszczający się w dół mojego rozpalonego gardła był przyjemnym odczuciem. Odczekałam minutę, aż dotrze do brzucha, mając nadzieję, że załagodzi węzły chłonne, które się w nim znajdowały.
          Notak pogrzebał w małym plecaku, który ze sobą przyniósł, wyciągając kawałek suszonego mięsa.
 - Masz, zjedz to. - powiedział, wręczając ochłap. Zapach suszonej dziczyzny sprawił, że odczułam mdłości.
 - No dalej, Kota. To ci pomoże. – przyznał
          Niechętnie wzięłam niewielki kawałek. Miał racje, z każdym gryzem ból w moim brzuchu powoli ustępował.
          Nigdy nie przestało mnie zadziwiać jak Notak dokładnie wiedział czego potrzebowałam w danym momencie. Nic nie powiedział, ale wiedziałam, że czeka na wyjaśnienia. Usiadł, cierpliwie wyczekując aż się wyczyszczę, nie naciskając, dopóki sama nie będę gotowa.
          Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek, ale nie wiedziałam od czego, ani jak zacząć.
 - Skąd wiedziałeś, że tam będę? – zapytałam
 - Kyle dzwonił. Powiedział, że dziwnie się wczoraj zachowywałaś. Był zaniepokojony do czego mogłabyś być zdolna. I miał racje.
 - A Kotan?
 - Polowaliśmy kiedy zadzwonił Kyle. Te wszystkie dziwne rzeczy jakie się dzieją, pomyślałem, że nie powinienem być tam sam. Oczywiście te, o których ty nie pomyślałaś.
          Westchnęłam wywracając oczami.
 - Potrafię o siebie zadbać. – powiedziałam, ale słowa nie zabrzmiały tak przekonywująco jak chciałam.
 - Yhm, właśnie widzę. Co cię tak urządziło? – zapytał wskazując rozcięcia i ślady po pazurach pokrywające całe moje ciało.
 - Coś tam było, ale nigdy mnie nie dotknęło. Nie potrafię wyjaśnić jak i dlaczego, ale to było samookaleczenie. – powiedziałam przesuwając palce by pokazać mu zebraną pod moimi paznokciami skórę i krew od zagłębiania się w moim własnym ciele.
 - Co do diabła się z tobą dzieje, Kota? – pokiwał z dezaprobatą – I to całe „nie wiem” nie wchodzi już w grę, wiec wyduś to z siebie.
 - Jest coraz gorzej. – wymamrotałam spoglądając ze wstydem na ziemię – Coś we mnie się zmienia, bracie. Nie potrafię tego wyjaśnić. – zawahałam się – Widziałam, słyszałam i wyczuwałam rzeczy… Rzeczy, których po ludzku nie powinnam być w stanie. – powiedziałam, zagłębiając się w przeszłość – Myślę, że moje koszmary były ostrzeżeniem przed czymś co nadchodzi. Mówiłam poważnie twierdząc, że jestem przeklęta.
Moje myśli momentalnie powędrowały w stronę nieznanych słów od obcej kobiety.
- Coś lub ktoś tam jest… Mam co do tego złe przeczucia. – zamarłam, ponownie zagubiona we własnych myślach. – Przepraszam. Na pewno uważasz, że jestem szalona.
 - Tak. Całkowicie obłąkana. – stwierdził sarkastycznie. Przybliżył się do mnie i ujął jedną z moich dłoni. – Kota, znam cię całe moje życie. Wiem jaka byłaś i jak się zmieniłaś. Ale przez cały ten czas, przeszły i obecny, nigdy nie wątpiłem, że twoje dziedzictwo będzie… epickie. Nie potrafię tego wyjaśnić, to po prostu przeczucie. Ufam ci i wierzę. – powiedział patrząc mi w oczy. – Rozwiążemy to. Obiecuję ci.
          Odwrócił się starając ukryć chichot.
 - Tak poza tym, to musi to być coś poważnego. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem cię tak bladej. Teraz już wiem jakbyś wyglądała gdybyś nie była półkrwi. – droczył się
 - Ha, ha, ha. – zaszydziłam
Jego śmiech pomógł mi zapomnieć o tym co się wydarzyło. Miło było wiedzieć, że wspiera mnie pomimo wszystkich dziwactw.
 - Domyślam się, że ta bransoletka nie sprawdziła się za dobrze w ochronie, co? – spojrzał rozczarowany na prezent, który dał mi poprzedniego dnia.
 - Nieprawda. Nie sądzę by to miało mnie chronić przed samą sobą. Poza tym, gdzieś tam coś się dzieje, a ja nadal jestem tutaj. – delikatnie przetarłam koraliki spoczywające dookoła mojego zakrwawionego nadgarstka, z opóźnieniem zastanawiając się w jak wielkim niebezpieczeństwie tak naprawdę byłam.
 - Więc co teraz? – zapytałam
 - Masz coś na przebranie?
 - Tak, w bagażniku. – skinęłam w kierunku Explorera. Nigdy nie wiadomo gdzie lub jak długo będziesz w pracy, więc dobry strażnik jest zawsze przygotowany: jedzenie, woda, dodatkowe ubrania, koce, flary, zapałki i krótkofalówka. To wszystko podstawowe rzeczy konieczne do przetrwania w niektórych częściach lasu.
 - Zabierz mnie na główną drogę. Stamtąd już dojdę do domu. – powiedział – Idź do pracy zanim Kyle zacznie się za bardzo martwić. Powiem coś ojcu, żeby i on się  nie zamartwiał. Powiem… - przerwał w zamyśleniu – Powiem, że spadłaś ze wzgórza, czy coś.
 - A co z Kotanem?
 - Coś mi mówi, że nie ma zamiaru wspominać Wakizie o niczym. – powiedział
          Skinęłam zgadzając się na taki plan.
 - Ale obiecaj, że powiesz mi jeśli coś jeszcze się wydarzy. – zażądał.
          Zgodziłam się.
          To samo co wymyślił Notak powiedziałam Kyle’owi: wędrowałam i upadłam ze wzgórza. Na szczęście koszulka z długim rękawem i spodnie, które ubrałam były ciemno niebieskie i ukryły większość krwawych dowodów.
          Kiedy zapytał o zdarzenia z poprzedniego dnia, uprzejmie wyjaśniłam, że gdybym rozumiała co to do cholery było, on byłby pierwszym, który by się o tym dowiedział. Smutne było to, że to naprawdę była prawda.
          Tej nocy, kiedy wróciłam do domu, mogłabym przysiąc, że widziałam postać między drzewami, obserwującą mnie. W powietrzu był zapach czegoś ostrego i słodkiego jak wcześniej w obecności tego stworzenia. Ale kiedy chciałam podejść by mieć lepszy widok… Nikogo tam nie było.
          Zapach zniknął.
          Kiedy szłam do swojego pokoju, Wakiza zrobił mi pogadankę o tym jak niezdarna byłam by spaść ze wzgórza. Sięgnęłam do lodówki po piwo dla niego i odparowałam, że byłam po prostu bardzo zmęczona i bardziej wyłączona* niż zwykle. Na szczęście dalej nie naciskał. Wziął piwo, otworzył je i wrócił do oglądania wiadomości bez żadnego spojrzenia w moją stronę.
          Będąc z powrotem w pokoju odkleiłam ubrania od zakrwawionej skóry, starając się uważać na miejsca gdzie krew przyschła do tkaniny i przylgnęła do ran. Wzięłam długą kąpiel, oczyszczając rozcięcia na skórze, potem wyczerpana walnęłam się na łóżko. Agonia tej nocy była tak silna, że dosłownie zemdlałam z bólu i zmęczenia. Koszmar był taki sam jak zawsze z wyjątkiem tego, że być może było więcej przejrzystości w ciemnej, złowrogiej postaci. Był cienisty, ogromny i czarny. Miał wspaniałe, skórzane skrzydła, ale ciało mężczyzny.
          I wtedy głębokie śnienia snu mnie zabrały.
          Przez resztę snu moje ciało i umysł jakoś znalazły ukojenie i podobieństwo spokoju.
          Zupełnie jakby natarczywa istota przyniosła nieco pojednania.

 *W znaczeniu zamyślona, pozbawiona skupienia.

AGONIA

            Wierciłam się i odwracałam w moim niespokojnym śnie, boleśnie świadoma  przeszywającej agonii, która pochodziła z kilkudziesięciu miejsc w moim ciele. Czułam jakby moja klatka piersiowa była rozbita na odłamki kości i chrząstek, nogi i ręce bolały jakby ktoś próbował wyrwać je z mojego tułowia, a głowa pulsowała z tak intensywną migreną, że nie odważyłam się otworzyć oczu.
          Przed moimi zamkniętymi powiekami były dwie postaci. Jedną z nich był wysoki i mocny w budowie mężczyzna. Było coś znajomego w jego obecności, ale jego rysy twarzy były zamazane i niejasne w moim urojeniu. Druga postać była kobietą z ciemną, brązową skórą i długimi czarnymi włosami. Była bardzo piękna, a jej twarz przypominała mi kogoś...
          Gdzieś w połowie drogi między stanem przebudzenia a snem byłam uwięziona w tej szarej strefie gdzie świadomość uznaje twój fizyczny byt, ale umysł jest wciąż ograniczony w podświadomych snach lub koszmarach.
          Nagle ciemna, złowieszcza postać skoczyła na mnie, zmieniając sen w koszmar. Sylwetką przypominało człowieka, ale nie miało konkretnej budowy, cech ani formy. Jak ciemna chmura albo kurtyna mroku jej obecność emanowała złą intencją.
          W śnie to coś wzrosło i uniosło się nad mężczyzną i kobietą. W zwolnionym tempie istota zstąpiła na parę niczym mgła, zaczynając ich otaczać.
          Czerwony płyn spłynął jak rzeka.
          Krew
          Moje serce poczuło nagły, ciężki i głęboki smutek, który ledwo mogłam pojąć. Zdałam sobie sprawę, że ta dwójka, która mogła kiedyś żyć, oddychać, być...zniknęła. Brak ich energicznej obecności pozostawił otwartą dziurę w moim sercu, a wszystko co pozostało było ponurym całunem naciskającym na moją duszę z śmiertelnym ciężarem. Ogarnęła mnie rozpacz.
          Czułam się powalona na kolana, pokonana. Łzy spływały po mojej twarzy.  Mój płacz jak u rannego zwierzęcia wypełniał powietrze w środku pustki.
 - Oni nadchodzą - do mojego ucha dotarł szept, nieziemski głos pozbawiony ludzkiego tonu, budząc mnie z mojego smutku. Słowa powtórzyły się znowu i znowu, stając się bardziej i bardziej odległe, prawie jakby należały do ducha.
          Strach sączył się przez moje ciało podczas gdy echo zniknęło. Zostałam sama w ponurej ciemności.
          Trzęsłam się w łóżku, zlana potem.  Świadomie wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując ustalić swoje położenie,  dostrzec rzeczywistość.
 - Oni ponownie nadejdą – powtórzył głos
          Dyszałam, a moje serce waliło dziko. Głos nie brzmiał tak daleko ani onirycznie* tym razem. Byłam pewna, że już nie śnię.  To brzmiało jakby ktoś szeptał słowa prosto do mojego ucha. Malutkie włosy  stanęły na moim karku, kiedy ogarnęło mnie przerażenie.
- Kto tam jest? - zażądałam, gorączkowo rozglądając się po pokoju, oświetlonym jedynie przez blask srebrnej obręczy księżyca.
          Nikt nie odpowiedział.
          Wtedy nadeszły fale agonii. Upadłam z powrotem na poduszki, zwijając się w kłębek. Chwyciłam kolana i wbijając paznokcie w nogi, przyciągnęłam je do piersi, starając się zmniejszyć ból.
          Nastał cichy dźwięk mojego jęczenia z powodu tego co wydawało się wiecznością.  Koszmary, głosy i strach, który doświadczyłam przed chwilą były nagle mało ważne. Istniał tylko ból.
          Jednak agonia tak szybko jak się pojawiła tak samo wyparowała, a ja leżałam tam głęboko rozmyślając.
          Moje serce zamarło kiedy zdałam sobie sprawę, że błędne koło było kompletne. Ten sam sen, ta sama agonia i ten sam głos. Przez prawie cztery lata każdą noc spędziłam bez spokoju, bez szansy i bez nadziei. To było doświadczenie, które mogłam opisać jedynie jako pozaziemskie i obce.
          Kiedy słońce przysłało swoje pierwsze promienie przez moje okno, zorientowałam się, że moje życie stało się zepsutym gramofonem. Cięgle się powtarzało.
          Znowu
          I znowu...
          I znowu...
          Przez lata próbowałam zracjonalizować  nieustannie powtarzający się cykl. Za każdym razem lekceważyłam fizyczną agonię, myśląc, że jest ona powiązana z rosnącym bólem, i że intensywność snów była prosta ponieważ nie miałam prawdziwie przespanej nocy od trzech lat. Mówiłam sobie na nowo, że to nie może być prawdziwe, że muszę popadać w obłęd albo te epizody były psychotyczne.
                Nawet próbowałam przekonywać samą siebie, że żyję w samodzielnie stworzonej, fałszywej rzeczywistości, którą wytworzyłam tak dokładnie w własnym umyśle, że prawdziwie wierzyłam, że jest realna.Ale na koniec, nie ważne jak bardzo chciałam wierzyć, że wszystkie te incydenty mogą być logicznie wytłumaczone, wiedziałam, że tak nie jest.
          W desperacji spędziłam prawie każdą wolną chwilę mojej świadomości, starając się zrozumieć sens tego wszystkiego.
          Po prostu musiałam wierzyć, że pewnego dnia jakoś, w pewien sposób...to będzie miało sens. O duchy ziemi i nieba, moje serce boleje na ten dzień.  Ale jak te dni, miesiące i lata mijały, tak zapas mojej nadziei ubożał.       
          Czułam jakbym wrosła w skórę jakiejś innej istoty, jakiegoś potwora. Dorastałam nie znając siebie, bojąc się, że dosłownie popadam w zatracenie. Wprawdzie czułam się jak zombie, ani martwa ani żywa. Starałam się przypomnieć ostatni raz kiedy czułam się zdalnie normalna.
          Trzy lata temu w liceum. Wzdrygnęłam się jak świat przyniósł wspomnienia normalności, która kiedyś coś dla mnie znaczyła. Był czas kiedy byłam zwyczajnie młodą, tubylczą dziewczyną z małego Oregon Kalapuya Reservation. Nigdy nie pasowałam. Ale to było częścią normalności, bycie tubylcem w małym miastowym liceum. Jeśli byłeś z rezerwatu, realizacja kształcenia była ryzykiem zawodowym.
          To po prostu ekscytujące.
          Ale teraz czułam się uwieziona w egzystencji, która była większa niż moja własna. Nie poruszając się, ani do przodu, ani do tyłu, zwyczajnie zawieszona w czasie. Jakby czas sam o mnie zapomniał.         
          Skupienie się na czymkolwiek stało się trudne, kiedy lęk nadal mnie pochłaniał. Chęć zmian nieustannie zwisała nade mną. Czułam każdy napięty mięsień w moim ciele, czekający aż coś się stanie, coś zmieni.
          Za dnia walczyłam z niepokojem, a w nocy z bólem. I przez cały czas echo głosu wiało w tą i z powrotem w mojej głowie.
          Oni nadchodzą...
          Kiedy powoli zaakceptowałam rzeczywistość mojej sytuacji, byłam zdolna rozpoznać więcej szczegółów. Głos, który słyszałam  nie był pozbawiony tonu jak na początku myślałam. Był melodyjny, kobiecy i z akcentem. Jej donośność była nieziemska i słodko-gorzka.
 - Oni nadchodzą. - szepnęła w mojej głowie.
          Podskoczyłam kiedy drzwi do mojej sypialni otworzyły się budząc mnie z rozważań.
 - Spałaś Kota? - uśmiechnięta twarz wychyliła się przez drzwi.
          Chociaż mój brat Notak był starszy o dziewięć miesięcy, to wyglądał na starszego o trzy lata. Nie pamiętałam jego przejścia do dorosłości. To musiało wydarzyć się w ciągu nocy. Jednego dnia był chudym, małym tubylczym chłopcem, a potem BUM, stał się tą dużą masą mięśni falujących pod brązowo-złotą skórą. Wciąż miał ten zaraźliwy uśmiech, który mógł rozświetlić najbardziej zachmurzony dzień.
          Mimo mojego lęku, drażliwości i wzrostu niezadowolenia, Notak pozostawał czujny, mając oko na mój kruchy stan.
 - Chciałabym być taką szczęściarą. - głupkowato się uśmiechnęłam – Dlaczego zeszła noc miałaby być inna?
 - Pewnego dnia to się skończy. - starał się mnie uspokoić – Pospiesz się i ubierz. Mam coś dla ciebie.
          Zniknął w korytarzu tak szybko jak się pojawił.
          Wtedy mnie olśniło. Szybko rzuciłam okiem na kalendarz wiszący na ścianie obok łóżka by potwierdzić niepewną myśl. Był wtorek, drugi dzień lutego. To były moje dwudzieste pierwsze urodziny.
          Płaczliwy jęk uciekł przez moje struny głosowe, a ja z powrotem upadłam na poduszki, pokonana. Nie byłam pewna czego nienawidziłam bardziej... Strasznych koszmarów czy urodzin, które tylko przypominały mi, że zbliża się kolejny rok tego samego zamrożonego istnienia, które nazywałam swoim życiem.
          Niechętnie wyciągnęłam się z łóżka i wbiłam się w moje ciemnozielone spodnie khaki z większym wysiłkiem niż normalnie.
 - Lakota! - doszedł do mnie zniecierpliwiony głos Notak'a, starający się mnie pospieszyć. Wiedział aż za dobrze jak nienawidzę swoich urodzin.
          Powoli, przeciągnęłam przez głowę moją brązową koszulkę z długim rękawem, wskoczyłam w buty, przytwierdziłam pasek i udałam się w dół korytarzem. Szybko chwyciłam mój szeroki, okrągły kapelusz ze stołu w przedpokoju zanim przekroczyłam próg kuchni.
          Notak stał tam, czekając z małym pudełeczkiem wyrzeźbionym z drewna w rękach.
 - Wszystkiego najlepszego, siostro! - jego głos zadzwonił jak dzwoneczki na wietrze, kiedy popchnął pudełeczko w moim kierunku – Otwórz.
          Niechętnie wzięłam wyrzeźbione, drewniane pudełeczko i odwróciłam w dłoniach, sprawdzając jak piękna była ta mała rzecz. Był to rodzaj kunsztu, z którego nasi przodkowie byliby dumni. Zaczęłam się zastanawiać jak wiele uwagi i czasu musiał w to włożyć.
 - To jest piękne, Notak. - szepnęłam – Chciałabym żebyś nie marnował tyle czasu na mnie. - poprosiłam
 - Możesz wciąż prosić, bo ostatnio kiedy sprawdzałem to sam decydowałem o tym co robię ze swoim czasem. - powiedział z inteligentnym uśmiechem.
Tylko pokiwałam moją głową w dezaprobacie.
 - Jesteś moją siostrą i moim najlepszym przyjacielem, wiesz to. - powiedział bardziej poważnie – Nie jesteś obciążeniem dla mnie lub dla ojca. - kontynuował, czytając moje wszystkie zbyt przewidywalne i melodramatyczne myśli.
 - Myślę, że jestem przeklęta, Notak. - powiedziałam ze smutkiem w głosie – Modlę się by moja klątwa nie zaszkodziła tobie, ani ojcu w najmniejszym stopniu. Nie mogę temu zaradzić, ale czuję, że będę twoją zgubą.
Odwróciłam pudełeczko jeszcze raz, wciąż niezdecydowana czy je otworzyć.
 - Nie możesz karać siebie za to co się nie stało. Co będzie to będzie. Nasz los będzie taki jak chce tego przeznaczenie. Nie możesz prosić mnie bym udawał, że nie jesteś dla mnie ważna. - powiedział ze zdecydowanym namysłem – Teraz, błagam cię przestań pławić się w swojej udręce i przynajmniej spróbuj cieszyć się urodzinami. Zamknij się i otwórz to. - zażądał z niecierpliwością i podnieceniem.
          Westchnęłam i podniosłam pokrywkę od skrzynki. Łatwo otworzyłam mosiężne zawiasy. W środku była najbardziej wykwintna, koralikowa bransoletka jaką kiedykolwiek widziałam.
          Notak przytrzymał małe pudełeczko kiedy ją podniosłam. Miała trzy skomplikowane rzędy małych, białych perełek z malutkimi brązowymi rzeźbionymi kawałkami w kształcie listków, które utrzymywały wszystko razem. Na środku był duży, gładki, kamienny koralik w wielu odcieniach bieli, przypominający milky-way'a.
 - Mój Boże, Notak! - wykrzyknęłam – Zrobienie tego musiało zająć miesiące.
Znałam prace jakie wchodzą w rzeźbienie, gładzenie i polerowanie pojedynczych koralików z kamieni. To wymaga umiejętności, cierpliwości i czasu. Nie wątpiłam, że Notak włożył niezbędny wysiłek w bransoletę.
 - Będzie cie chronić. - powiedział, pomagając mi z zapięciem. - Zrobiłem koraliki z świętych kamieni z rzeki Willamette. Starsi poświęcili je by przyniosły ci spokój i ochronę.
          Sprawdziłam bransoletę, obracając mój nadgarstek by podziwiać jej doskonałość. Biel i malutkie, metalowe kawałki świeciły w blasku na stonowanej, brązowej skórze.
 - Dziękuję. - powiedziałam, ściskając go w niedźwiedzim uścisku. Miałam nadzieję, że zrozumiał jak wiele to dla mnie znaczyło. - Czasami czuję, że jesteś jedyną rzeczą, która stoi między mną a szaleństwem. Może i krew nas nie wiąże, ale nie jesteś przez to dla mnie bratem w mniejszym stopniu.
Nawet jeśli byliśmy jedynie rodzeństwem przez adopcję, to on wciąż był dla mnie bratem w każdym tego słowa znaczeniu. Był moim najlepszym przyjacielem i stałym towarzyszem.
 - Zawsze będę tutaj dla ciebie, Kota. Wiesz o tym. - powiedział – Moją jedyną modlitwą do duchów jest to byś pewnego dnia odnalazła spokój.
          Kiedy jego słowa opadły długa cisza przepełniła powietrze.
 - Dziękuję, bracie. - powiedziałam, idąc w kierunku frontowych drzwi. - Muszę iść do pracy.
 - Bądź tam ostrożna. - usłyszałam jego wołanie
          Zatrzymałam się zanim wyszłam i odwróciłam w jego stronę.
 - Jeszcze raz za wszystko dziękuję, Notak. - powiedziałam. Tylko pokiwał z uśmiechem, jakby jego wsparcie nie było czymś wielkim.
          To było dziwne jak niektóre rzeczy były opracowane dla mnie i Notak'a. Nigdy nawet za milion lat nie spodziewałabym się, że staniemy się tak dobrymi przyjaciółmi.
          Kiedy siedemnaście lat wcześniej moi rodzice zostali zamordowani, przywódca plemienia, Wakiza adoptował mnie, spełniając życzenie mojego umierającego ojca. Żona Wakizy zmarła, dając życie jego synowi, Notak'owi. Więc domyślnie Notak stał się moim bratem.
          To dziwne jak sytuacje czasami znajdują sposób by to wypracować. Czasami czuję, że nasze losy były sobie przeznaczone.
          Kilka chwil później, byłam na zewnątrz. Wskoczyłam do białego Forda Explorera, zamknęłam ciężkie drzwi i zapaliłam silnik. Chociaż mieliśmy kilka pojazdów w rezerwacie, to tylko niektóre z nich jeździły. Mój był najbardziej niezawodny. Korzyści z pracy dla Willamette National Forest Service***.
          Wjechałam na małą, polną trasę, która prowadziła do głównej drogi. Drzewa tutaj rosły grube i wysokie, więc słońce rzadko dosięgało ziemi. Ich złowieszcze gałęzie wspinały się do nieba, sięgając wysoko w górę i w każdym kierunku, jak tylko oko mogło sięgnąć. Jak skręciłam na moja główną drogę moje myśli kontynuowały wędrowanie.
          Od kiedy zostałam wzięta do pracy w wieku osiemnastu lat, nie pamiętam bym opuściła jakikolwiek dzień pracy. Ośmio do dziesięcio - godzinne  zmiany, pięć  dni w tygodniu czyniły cuda dla mojego zdrowia psychicznego. Dawało mi to coś na czym mogłam się skupić, oprócz stale gryzącego bólu w moich jelitach. To zmniejszało trochę wstręt do samej siebie.
          Przyjechałam do biura Willamette District na obrzeżach małej miejscowości Oakridge.
          Pchnęłam ciężkie drzwi i szybko przeszłam przez główny hol. Skręciłam  pierwszą w prawo do prywatnego biura.
 - Dzień dobry panie Benson.
 - Dzień dobry Lakota. - z rogu pokoju dobiegł do mnie szorstki, starszy głos.
Pan Benson był wysoki i mocno zbudowany. Uśmiechnęłam się w środku na myśl,  że Kyle Benson wyglądał jak niedźwiedź. Z jego ciemnobrązową brodą, wąsami i  długimi włosami ucieleśniał klasyczną idee wiekowego, górskiego człowieka.
 - Co masz dla mnie dzisiaj? - spytałam, ruszając w jego kierunku.
 - Właściwie mam nietypowe zlecenie. Dzisiaj pracujemy razem. - powiedział. Jego głos był wypełniony charakterystycznym tonem niepokoju i wątpliwości.
 - Ok? Więc nie ma stosu papierkowej roboty dla ciebie na dzisiaj? - powiedziałam z wahaniem
          Jedyne momenty gdy przeszukiwaliśmy** razem były wtedy kiedy była potencjalnie niebezpieczna sytuacja. To mnie martwiło.
 - Wyrzuć to z siebie. Co się stało? - naparłam. Opadłam na krzesło i położyłam swoje stopy na ponad gabarytowym biurku.
 - Myślę, że może się coś dziać na północnym zachodzie tuż na obrzeżach jeziora Blair. - zaczął z oczywistym wahaniem w głosie – Wczoraj turysta zgłosił śmierć górskiego lwa z dziwnymi ranami dookoła karku. Powiedział, że w ciągu dwudziestu lat biwakowania w dziczy to było niepodobne do wszystkiego co wcześniej widział. - przejęcie było czysto wypisane na jego twarzy – Rzecz w tym... - kontynuował, ponownie wahając się – To już trzeci raport w tym miesiącu. - Jego oczy błądziły gdzieś za oknem.
 - Nie rozumiem. Dostajemy dziesiątki tych reportów każdego roku. To znaczy, wszystko od okaleczonych wiewiórek po Wielką Stopę. - to nie miało sensu – Czym różnią się te raporty?
          Westchnął, opadając na głęboko obszyty fotel. Na kilka chwil zapadła cisza.
 - Wszystkie trzy raporty oświadczają, że zwierzęta zostały wysuszone z krwi. W każdym raporcie są skręcone karki ze śladami ugryzień. Żadnych innych ran. Zwłoki zostały tam zwyczajnie zostawione, nietknięte.
          Opuściłam stopy i pochyliłam się na krześle, wracając na chwilę myślami. To nie było tylko dziwne, ale zdecydowanie nienaturalne.
 - Więc to nie myśliwi, ani kłusownicy czy tubylcy. - wywnioskowałam. Kyle twierdząco pokiwał głową. - Widziałeś któreś z tych zwłok? - spytałam
 - Poszedłem daleko do jeziora Blair, ale lasy poza są gęste i dziwne dla mnie. - powiedział, a jego oczy zaszkliły się ze strachu jakiego wcześniej u niego nie widziałam. - Po prostu nie wiem czy powinienem cie angażować w to wszystko. Bóg wie co do diabła tam chodzi. Jeśli ci ludzie mówią prawdę... - Strach wkradł się z powrotem w jego oczy.
 - Daj spokój Kyle. To ja. - skierowałam się do niego bardziej jak do przyjaciela niż   szefa. - To mój dom. Twoja dzicz jest dla mnie jak podwórko. - powiedziałam z uśmiechem.
- Wiem, nie znalazłbym nikogo innego kto zna te lasy tak dobrze jak ty. Po prostu... - zawahał się – Nie wiem, może popadam w obłęd. - oparł się i zadumany przerwał na moment – to przypomina mi sakralne zachowanie, może wampiryzm albo jakiś i inny dziwny, podziemny kult, który zbiera krew. - ucichł w
zamyśleniu
 - Oglądasz za dużo dramatycznych występów. Poważnie? Wampiryzm? - przekomarzałam się, ale miałam cichą nadzieję, że nie mówi poważnie – Jestem pewna, że jest na to doskonałe wyjaśnienie. To nic wielkiego. Poszperamy dookoła i dowiemy się o co chodzi. Zadzwonimy do właściwej jednostki sądowniczej. Naprawdę wątpię by szwendał się tutaj jakiś kult albo fanklub wampirów pijący zwierzęcą krew. - beztrosko zażartowałam
 - Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał ci tego mówić. - powiedział nierozbawiony moim żartobliwym przypuszczeniem
 - Mówić czego? - miałam bardzo złe przeczucie
 - Kiedy zaatakowano twoich ludzi, kiedy twoi rodzice zostali zamordowani... - zaczął ostrożnie – Wierzyliśmy, że był to wspólny, zaplanowany akt podziemnego kultu.
          Słowa oparzyły mnie, a serce zatonęło jak wywrócona łódź.
          Przełknęłam ślinę.
 - Nie żartujesz, prawda? O jakich „my” mówisz?  - Kyle przykuł moją uwagę.
 - Agenci FBI, którzy nadzorowali sprawę, miejscowi inspektorzy ochrony i ja. Nigdy nie znaleźli nawet jednego przedstawiciela tego kultu by potwierdzić swoje przypuszczenia, ale ja nie zapomniałem. - wyjaśnił
 - Myślisz, że to jest z tym powiązane? - usłyszałam strach we własnym głosie, co było dziwnie obce nawet dla mnie.
 - Nie wiem, ale mam złe przeczucie. Może to nowe pokolenie tego kultu. Może to jakiegoś rodzaju inicjacja. Albo gorzej, może pierwotny kult wrócił.  - westchnął, najwyraźniej przytłoczony – To wydaje się bardzo nienaturalne i zbyt przypadkowe. - powoli podniósł głowę – To już długi czas. Prawie siedemnaście lat. Zasadniczo nie wiem co myśleć. - powiedział wstając i podchodząc do mnie – Nie chcę cie w to wciągać bez poinformowania w co się pakujesz.
          Górował nade mną prawie trzydzieści centymetrów. Pomimo jego straszliwego rozmiaru, jego postawa była łagodna i czuła. Wiedziałam, że nie skrzywdziłby muchy.
 - Niebezpieczeństwo, przygoda, niepewność i może nawet uzyskam przewagę nad mordercami moich rodziców. To lepsze od tego przyziemnego życia, w którym obecnie żyję. - zadeklamowałam – Chodźmy. - dodałam udając podniecenie, próbując w ten sposób załagodzić niepokojące napięcie w powietrzu.

                                                           * * *
          Kyle jechał przez godzinę zanim dotarliśmy do jeziora Blair. Żadne z nas nie powiedziało słowa. Ciężka cisza zawisła w powietrzu. Oboje byliśmy głęboko pochłonięci przez nasze zawiłe przemyślenia i wspomnienia.
          Normalnie niekomfortowa cisza by nam nie przeszkadzała. Ale teraz było inaczej. To uderzyło w nasz czuły nerw i oboje po prostu nie mogliśmy tego zignorować.
          Wyobrażałam sobie jak dziwna musi być dla niego praca strażnika z daleka od mojego ojca przez tyle lat, a teraz doznanie straty poprzez jego córkę idącą obok. Ta myśl sprawiła, że chłód przeszedł mi po plecach.
          Kiedy przybyliśmy, Kyle wyprowadził mnie około trzy mile zanim musiałam przejąć prowadzenie gęstym lesie. Wykorzystałam wszystkie moje umiejętności śledzenia i wyszukiwania, moją drugą naturę odkąd byłam dzieckiem.
          Trochę więcej niż trzydzieści minut później znaleźliśmy poranioną bestię. To była samica lwa górskiego.
 - Hm. - wydusiłam po wstępnej inspekcji
 - Co to jest? - zapytał ostrożnym tonem
 - Zauważyłeś  w tym widoku coś dziwnego? - napomknęłam, delikatnie przesuwając dłońmi po gładkiej, nietkniętej sierści pięknej istoty.
          Kyle chodził dookoła mnie po ogromnym kole, starając się rozgryźć o czym mówię.
 - Cokolwiek o martwym zwierzęciu leżącym tutaj od wchodu do zachodu słońca? - podsunęłam
          Zatrzymał się na chwilę i zerknął na ziemię, jakby chciał odtworzyć coś w swojej pamięci. Nagle spojrzał na mnie olśniony.
 - Dlaczego nie zostało jeszcze zjedzone? Powinno być padliną. - powiedział nagle rozumiejąc
 - Ona powinna być padliną, tak. - poprawiłam go
 - To co z nią jest nie tak? - zapytał
          Odwróciłam się do niej, zamartwiając się nad tym samym pytaniem. Miałam własne spostrzeżenia. Wstałam i rozejrzałam się obracając o trzysta sześćdziesiąt stopni.
 - Słyszysz? - spytałam, wytężając słuch.
 - Co? Nic nie słyszę.  - powiedział, ponownie nie rozumiejąc co sugeruję.
 -  Dokładnie! Panuje tutaj śmiertelna cisza. Brak przewidywania jest tak samo ważny jak nieoczekiwane odkrycie.  - odwróciłam się w stronę lwa – Najpierw skręcono jej kark, potem została wysuszona z krwi. - wspomniałam, sprawdzając stworzenie z bliska.
 - Skąd możesz to wiedzieć?
 - Spójrz na ziemię. Nie ma śladów walki. Spójrz dookoła jej ciała. Nie ma złamanych gałązek, zniszczonego mchu, ani nawet nawału liści. - wyjaśniłam – Najprawdopodobniej nawet nie wiedziała, że coś nadchodzi.
          Kyle spojrzał na swoje stopy spoczywające obok lwa. W jego oczach pojawiło się oszołomienie.
 - Jak ty to robisz? - spytał
 - Moje podwórko, pamiętasz? - powiedziałam lekko – Widzisz te małe wybrzuszenia z tyłu jej karku? - wskazałam. Pochylił się by mieć lepszy widok. - To zwichnięte kręgi gdzie kark został skręcony. Zobacz jak czyste są tutaj rany kłute. Zero rozdartej tkanki, siniaków albo zabłąkanej kropli krwi. Skoro nie ma śladów walki, mogę zasugerować, że najpierw została zabita, a potem z wielką precyzją i dbałością wysuszona z krwi. - powoli okrążyłam bestię, rozmyślając. Kyle milczał, czekając aż mentalnie odtworzę wszystko na co patrzę. - Zrobił to jakiś bardzo utalentowany łowca. To zbyt precyzyjne na zwierzę. Zbyt obmyślone i zaplanowane. - myślałam na głos – Ale również nie mogę sobie wyobrazić człowieka zdolnego do tego by ją dorwać. Więc skoro to nie było zwierze, ani człowiek...
 - Nie rozumiem. - powiedział
 - Ani ja. Przynajmniej jeszcze. - powiedziałam odkładając plecak i wyciągając mój zestaw do dowodów z przedniej kieszeni.
 - Co robisz? - zapytał
 - Myślę, że rany są wypełnione pewnego rodzaju płynem. - wyjaśniłam, zakładając parę rękawiczek. Sięgnęłam po waciki i sterylny pojemnik na próbkę. Delikatnie dotknęłam wacikiem rany. Pękła sącząc czysty, lepki płyn. Ostrożnie włożyłam wacik do sterylnego pojemnika, który z powrotem wsunęłam do torby.
 - Marcus zerknie na próbkę, zobaczę może on będzie mógł to wyjaśnić.
 - Marcus? Marcus ze sklepu z książkami? - zapytał jakby niedosłyszał moich słów
 - Tak, ma rękę do chemii. Przez lata był współczesnym szamanem w rezerwacie. - powiedziałam
 - Hm. Cóż, będę potępiony. Tylko kiedy myślisz, że wiesz wszystko o tym mieście... - urwał rozbawiony – Więc co to wszystko jest? - spytał – Co o tym sądzisz?
          Wstałam i przechyliłam moją głowę na jedną stronę, jeszcze raz wizualnie patrząc na bestię.
 - Nie wiem tak naprawdę. Wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Albo ten przykład rany ma coś bardzo nieprzyjemnego w sobie i nasi leśni mieszkańcy potrafią to wyczuć albo cokolwiek zabiło tą bestie nadal gdzieś tam jest. Sądząc po ciszy panującej w powietrzu prawdopodobnie niedaleko stąd.  - dodałam – Coś albo ktoś jest bardzo dobrym i niebezpiecznym łowcą i gdzieś tam jest.
 - Ktoś? - spytał oszołomiony – Myślałem, że powiedziałaś, że to niemożliwe.
          Nagle wyczułam coś za mną. Zamarłam i głęboko wciągnęłam powietrze. Stanęły mi włosy na karku. Spojrzałam na Kyle'a by zobaczyć czy też to wyczuł.
          Wyglądał na zupełnie nieporuszonego, wciąż zadzierając głowę i mrużąc oczy desperacko próbując zrozumieć los górskiego lwa.
          Ostrożnie i powoli obróciłam się na pięcie. Coś lub ktoś tam był.
          Nie miałam pojęcia skąd to wiem. Po prostu wiedziałam.
 - Zostań tutaj. - szepnęłam i w tym samym momencie pobiegłam sprintem w kierunku nieznajomego. Biegłam szybciej niż myślałam, że to możliwe, zdolna zobaczyć więcej niż pięć metrów w dal.
          Biegłam i biegłam z przypływem adrenaliny, która szybko przemierzała moje żyły. Nagle coś na zachodzie przykuło moją uwagę. To był przebłysk, pewnego rodzaju odbicie. To mogło pochodzić od słońca odbijającego się od  lustra lub metalu.
          Przeszyło mnie straszliwe uczucie, a chłód powędrował w dół po moim kręgosłupie.
          Coś było nie tak.
          Szybko się odwróciłam, próbując zidentyfikować źródło błysku. Tam, jakieś pięćdziesiąt jardów dalej, między drzewami była kobieta.
          Jej twarz była osłonięta przez kaptur, ale kilka kosmków złotych włosów uciekło, błyszcząc w miejscach, w których uderzały je promienie słońca. Nosiła wspaniałą, bladoniebieską suknię, sięgającą ziemi. Na wierzchu miała kruczoczarny płaszcz, który zakrywał resztę jej ciała.
          Było coś bardzo królewskiego w jej prezencji. Przypominała mi królową lub księżniczkę z minionej epoki. 
 - Strażnik lasu Willamette. - przedstawiłam się służbowym tonem – Co tutaj robisz? Zgubiłaś się?
          Cisza. Zaczęłam powoli iść w kierunku postaci, by jej nie przestraszyć.
 - Witaj. - jej powitanie było dziwnie eteryczne, niczym szept anielskiego głosu – Lakota Avital od ludzi Kalapuya. - powiedziała jakby zwyczajnie potwierdzała moją tożsamość.
          Zamarłam na drodze i jeszcze raz głęboko wciągnęłam powietrze, jakbym próbowała coś w nim wywęszyć. Nie wyczułam niczego niezwykłego tylko  wilgotne liście.
          Postać przekręciła głowę na jedną stronę, uważnie mnie obserwując. To był dziwnie prymitywny ruch.
 - Skąd wiesz kim jestem? Kim ty jesteś? - zażądałam. Celowo ruszyłam do przodu.
          Nie odpowiedziała na moje pytanie.
          Oni nadchodzą – szepnęła, ale jej głos powędrował niemożliwie dalej przez las niż powinien.
          Jeszcze raz zamarłam, kiedy słowa dotarły do moich uszu. Te same słowa co w moim śnie. To był ten sam głos.
          Ponownie się powtórzyły, tym razem głośniej.
          Oni nadchodzą...
          Zorientowałam się, że uporczywie kręciłam głową przeciwko głosowi, który rozbrzmiał w mojej głowie.
 - Nie! Nie! - krzyknęłam – Wynoś się z mojej głowy. - wrzasnęłam zaciskając powieki.
          Wtedy głosy ustały i  nie było nic poza ciszą. Otworzyłam oczy gorączkowo szukając kobiety.
          Już jej nie było.
          Oni nadchodzą
Znowu usłyszałam jej głos gdzieś za mną, ale kiedy się odwróciłam by ją zobaczyć, nie zastałam nikogo. Desperacko badałam las, szukając dziwnej kobiety.
          Puszcza była pusta, a  straszliwe uczucie nagle mnie opuściło. To było tak jakby kobieta zwyczajnie zniknęła, a może ona nigdy nie istniała. Może  wyobraziłam sobie cała tą sytuację.
          Nie byłam pewna.
          Powędrowałam z powrotem do miejsca, w którym zostawiłam Kyle'a, orientując się jak wielki dystans pokonałam. Powrót zajął mi strasznie dużo czasu.
 - Lakota! – z między drzew doszedł do mnie znajomy głos. Duże dłonie mocno złapały mnie za ramiona, zaskakując. - Lakota! Nie waż się więcej tego robić. Wszystko w porządku? Co do diabła robiłaś? - Kyle zażądał odpowiedzi
 - Jak długo mnie nie było? - spytałam
 - Uh, myślę, że jakieś dwadzieścia albo pięćdziesiąt minut. - wydukał zbierając myśli – Dlaczego? - zapytał spokojniejszym głosem.
 - Nic z tego nie ma sensu. - wymamrotałam. Starałam się wyobrazić te cyfry w mojej głowie, ale one nie pasowały. Przebiegłam mniej niż milę w las i wróciłam. Dwadzieścia do pięćdziesięciu minut powinno starczyć na jedną długą wyprawę po trudnym terenie.
          Starałam się być opanowana. Co do diabła się ze mną działo?
          Wszystko wydawało się okropnie nie na miejscu. To zdarzyło się tak nagle. Bez słowa zaczęłam wracać do ciężarówki z Kylem po mojej prawej.
 - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. Co tam się wydarzyło? - zapytał
 - Nic mi nie jest. - wymamrotałam przez zęby.
          Mój umysł jeszcze raz starał się zaprzeczyć temu co słyszałam i co widziałam. Próbował uzasadnić lub wyjaśnić to w pewien logiczny sposób.
          Ale to po prostu nie pasowało. Nie mogłam ponownie skalibrować odległości jaką przeszłam i nie ważne jak bardzo próbowałam zaprzeczać, że nie widziałam tych rzeczy, wiedziałam, że tak naprawdę widziałam, słyszałam i czułam jej obecność.
          Zaczęliśmy jechać z powrotem. Kyle ponownie próbował mnie rozgryźć.
 - Proszę, powiedz mi co tam się stało, Lakota. Wiedziałem, że nie powinienem cię w to angażować.
 - W porządku. To nic takiego. Po prostu myślałam, że coś zobaczyłam. - przekazałam tyle ile mogłam wybełkotać.
          W końcu odpuścił.
 - Myślę, że powinniśmy coś zrobić z tym górskim lwem. - powiedziałam
 - Tak. Może w tym przypadku to nie jest dobry pomysł by pozwolić to zrobić naturze. Za dużo uwagi. Zadzwonię po usługi do spraw zwierząt. Zajmę się tym. - powiedział
 - Nie zawracaj sobie głowy. - powiedziałam, wyciągając telefon by napisać wiadomość. - Dałam znać Kotanowi i Yuri'emu. Zniknie przed wschodem słońca. - stwierdziłam
 - Ok, dzięki. Ufasz im, tak? Bez obrazy do wojowników, ale nie znam Kotan'a ani Yuri'ego za dobrze.  A co z twoim nowym dodatkiem do klanu wampirów, Jesse, tak? Oni nikomu nie powiedzą, prawda? Musimy utrzymać całą tą sprawę w sekrecie dopóki nie dowiemy się co tam się dzieje.
 - Powierzyłabym wojownikom własne życie. To najlepszy sposób by uniknąć niepotrzebnej uwagi. Nie chcemy by miasto wpadło w panikę. - przyznałam
          Do końca drogi siedzieliśmy w ciszy, a reszta dnia upłynęła w spokoju. Wydawało się, że wszystko zlało się w jedną, wielką plamę. Kyle nadal się martwił, wciąż mnie obserwując, ale nie powiedział już na ten temat ani jednego słowa.
          Około wpół do piątej polecił bym wróciła do domu i odpoczęła. Jednakże przypomniał, że będzie chciał porozmawiać o tym co się stało.
          Zgodziłam się. Mój umysł nadal był odurzony.
          Zanim zdążyłam się zorientować, minęłam znak „Rezerwat Kalapuya”, wjeżdżając w błotnistą drogę prowadzącą do naszego małego, białego domu oprawionego w ciemną czerwień. Wyłączyłam silnik i wyskoczyłam z samochodu. Przez moment pochylona nad drogą, zebrałam się w sobie, patrząc jak słońce rzuca na niebo piękne, bursztynowe cienie.
          Kiedy tak stałam coś na zachód od naszego domu przykuło moją uwagę. Zmrużyłam oczy, aby spróbować dostrzec co to takiego wyglądało jak postać.
          Ostrożnie podeszłam bliżej. Jak się zbliżałam znajome, straszliwe uczucie przepłynęło przeze mnie falami, przyprawiając o mdłości. Mogłam zobaczyć zarys postaci na ciemnej scenerii lasu. Widziałam znajomy, czarny płaszcz i kobiecą sylwetkę ukrytą w cieniu zachodzącego słońca. Poczułam jej intensywną i onieśmielającą obecność.
          To była ona. Ta dziwna kobieta.
          Strach wdarł się do moich wnętrzności.
          Ciężko przełknęłam.
          Moje kości bolały w znanej dla mnie agonii.


* związany ze snem, odnoszący się do niego; powstały na kształt marzenia sennego
** chodzi o angielskie słowo scouted co znaczy dokonać poszukiwania kogoś lub czegoś w różnych miejscach.
*** Narodowe Biuro Lasów Willamette