- Czego
ode mnie chcesz? - zapytałam, podchodząc bliżej
Tym
razem kobieca postać zrobiła kilka kroków w moją stronę. W kilka chwil była na
wyciągniecie ręki.
Nadal
nie mogłam rozpoznać jej twarzy, znajdującej się w cieniu kaptura, ale mogłam
dostrzec, że była smukła w budowie, i że nosiła czarne rękawice na delikatnych
chudych palcach.
- Duchy
twojej przeszłości...Wrócą do ciebie. - szepnęła anielskim głosem
W
momencie ciszy podniosła swą głowę by napotkać moją. Kilka kosmków złotych
włosów wymknęło się spod kaptura i opadło na jej pierś. W ciemności, która ją
pochłaniała były dwie rzeczy, które były obrazowo jasne – jej różano czerwone usta
i osobliwe oczy.
To
były niesamowite oczy. Ich kolor był niemal tak świetlisty jak włosy, ale złoto
okrążała czarna obręcz. Może ciemny czerwony albo ziemisto brązowy.
Przypominały
mi coś nieziemskiego i obcego.
-
Ja...Nie rozumiem. - jęknęłam, kręcąc głową i przesuwając wzrok na ziemię. Mój
umysł desperacko próbował zrozumieć co ona sugeruje. Ale w momencie, w którym
dokończyłam zdanie i podniosłam wzrok liście zaszeleściły przez nagle
wzmagający się wiatr. Już jej nie było.
-
Tajemnice tkwią w przeszłości. - jej głos roznosił się między drzewami w
powietrzu dookoła mnie.
Odwracając
się na pięcie, rozglądałam się by zobaczyć gdzie ona zniknęła, ale nigdzie nie
było jej widać. Przeczesując teren, szukałam jakichkolwiek znaków świadczących
o jej obecności: złamanych gałązek, pogniecionych liści, poprzewracanych
kamieni – czegokolwiek. Nie było pojedynczego śladu. Roztargniona, zaczęłam się
zastanawiać czy naprawdę ją widziałam, czy może była wytworem mojej wyobraźni.
Było tak jakby całkowicie zniknęła.
Stałam
zahipnotyzowana, pochłonięta strachem. Nie mogłam pojąć co widziałam, ani tego
co ona miała na myśli. Usiadłam w pobliżu pnia, zagubiona w otchłani moich myśli dopóki słońce
porządnie nie zaszło.
Kiedy
w końcu byłam w stanie zebrać się w sobie, w oszołomieniu wpadłam do domu.
- Halo? Ktoś jest w domu? - krzyknęłam, rzucając
klucze na drobną szafkę w małym przedsionku. Przekroczyłam próg salonu szukając
ojca. Większość nocy siedział tutaj w swoim dużym, brązowym, skórzanym fotelu z
piwem na stole obok, przeglądając lokalne wiadomości.
- Lakota?
- brat Notak wyszedł z korytarza, który prowadził do trzech małych sypialni.
Podszedł do lodówki i zabrał jabłko. Wziął dużego gryza, zamykając lodówkę.
- Gdzie
jest Wakiza? - spytałam nieco zaniepokojona
- Ćwiczy
musztrę z Jesse'im i wojownikami. - wybełkotał z pełną buzią – Zajmują się
jakimś martwym zwierzęciem w południowo-wschodniej części Willamette - wyjaśnił
- Tak,
Kyle i ja sprawdzaliśmy dzisiaj górskiego lwa, zapytałam Kotan'a i Yuri'ego czy
mogliby pozbyć się go za niego. Dlaczego
ojciec się w to zaangażował?
- Nie
wiem. Kotan zadzwonił do niego jeszcze nie tak dawno. Powiedział, że jest coś
bardzo dziwnego w całej tej sprawie. -
nagle jego postawa zmieniła się ukazując podejrzenie – Co się dzieje? To znaczy
myślałem, że strażnicy zostawiają takie sprawy naturze. Czego mi nie mówisz?
Westchnęłam.
Nie było sposobu by to przed nim ukryć. Zbyt dobrze mnie znał.
- Nie
jestem pewna, ale to było dziwne. Tylko małe rzeczy, które… nie pasowały. Może
Kotan i Yuri czegoś się dowiedzą. Mają większe doświadczenie ode mnie. Ale mam
nadzieję, że nie wezmą Jesse'iego. On nie jest gotowy. - powiedziałam
zmartwiona.
- Pierwotnie
Jesse nie poszedł. Ale kiedy Kotan zadzwonił, spytał Wakizy, czy może go
przyprowadzić. Powiedział coś o tym, że to będzie dobre ćwiczenie. Nie widzieli
czegoś takiego już od dawna. Miej trochę wiary. Jesse ma trochę szalonych
umiejętności i szybko się uczy. - powiedział z komicznym ożywieniem.
- Po
prostu nie popieram taty obsesji by zrobić z niego wojownika. To jeszcze
dziecko. - Zamyśliłam się. W głębi umysłu byłam zaniepokojona tym co widziałam
wcześniej. Co to znaczyło?
- Jesse
ma czternaście lat. Nie jest już małym chłopcem. Przecież nie polują na
niedźwiedzia, ani nic takiego. Po prostu sprzątają bałagan. Dlaczego tak się
przejmujesz? - nabrał podejrzeń – O co chodzi z tymi wszystkimi zwątpieniami?
Chcesz mi coś powiedzieć?
Zaczęłam
wracać myślami do górskiego lwa, nietypowych ran i dziwnej kobiety. Czy byli ze
sobą powiązani? Nie było tak, że nie ufałam Notak'owi. Ufałam mu swoim życiem.
Po prostu nie byłam pewna, czy nie będę żałować jeśli go w to wciągnę.
- Oni po
prostu nie wiedzą, co mogą tam napotkać. Coś mi nie gra w całej tej sprawie.
- Jezu,
Kota. Widziałaś Wielką Stopę albo coś takiego? Wszystko będzie z nimi w
porządku. Nie rozumiem dokładnie całego tego biznesu „wojowników”, ale ty wiesz
lepiej niż ja, że ojciec wie co robi. I odpuść Jesse'iemu. Dzieciak ma węch
wilka. Jest urodzonym łowcą i tropicielem.
W
mglistych wspomnieniach powróciłam myślami do dnia narodzin Jesse'iego. Był
pierwszym dzieckiem w plemieniu urodzonym po masakrze. Jego pojawienie się było
punktem zwrotnym dla naszych ludzi. Był brzaskiem nowej nadziei.
- Tak.
Zdecydowanie ma coś w sobie. Pamiętasz jak odmówił marszu. Nigdy nie chciał
przestać się płaszczyć. A pamiętasz jak miał w zwyczaju rozmawiać z wilkami? I
jak miał dwa lata kiedy postrzelił swoją pierwszą wiewiórkę. - przypomniałam
- Hey.
Pamiętam jeszcze kogoś. Wiem kto spał w wilczej norze. Oh, czy wspomniałem, że
razem z wilkami? - powiedział, efektownie opisując moje dzieciństwo. - Daj
spokój, Kota. Jest dobry w tym co robi. Pozwól mu być sobą. Nie bądź
hipokrytką. Macie więcej wspólnego niż przyznajesz.
- Tak i
to mnie przeraża. - powiedziałam – Jest dla mnie jak młodszy brat.
- Cóż,
teraz wiesz jak się czuję. - powiedział, puszczając oko.
Nie
zareagowałam. Otworzyłam lodówkę i wzięłam jedno jabłko dla siebie.
- To był
długi dzień. Idę się położyć. - powiedziałam biorąc gryza
- W
porządku. Jak zawsze mam nadzieję, że coś się zmieni dzisiejszej nocy.
Idąc
w stronę pokoju, szybko odwróciłam się przez ramię by wyłapać jego smutne spojrzenie.
Wiedział tak dobrze jak ja co przynosi noc.
- Ja też.
- mruknęłam
Mój
niespokojny sen nadszedł szybko. Przybył koszmar, a potem agonia. Ta noc nie
różniła się od żadnej z poprzednich przez ostatnie cztery lata. Tym razem
przypuszczałam, że znajomy głos należy do niej. Nie był to już obcy
szept. Był to głos kobiety z lasu. Kobiety z różano czerwonymi ustami, dziwnymi
oczami i nieziemskim głosem.
Kiedy
tak jak zawsze obudziłam się cała spocona, mogłabym przysiąc, że widziałam te
nieprawdopodobne oczy wyglądające przez okno. Przez moment, leżałam
zastanawiając się co widziałam, ale w końcu popadłam w bezsenność. Następną
rzeczą jaką czułam były promienie słońca ogrzewające moją brązową skórę.
Wstałam
i ubrałam się w mniej niż dwie minuty, ale tym razem założyłam skórzane
mokasyny, zamiast moich standardowych butów. Tak szybko jak mogłam wymknęłam
się z domu, unikając spotkania z Wakizą lub Notakiem. Rzuciłam buty na
siedzenie pasażera i wskoczyłam na miejsce kierowcy. Przekręciłam kluczyk,
uruchamiając silnik Explorer'a i wywlekłam się na drogę wyjazdową z rezerwatu.
Pojechałam w dół główną drogą, wyciągając komórkę.
- Kyle,
to ja. Cześć, mam coś czym muszę się zająć zanim przyjadę, w porządku? -
spytałam
-
Oczywiście. - powiedział z lekkim wahaniem.
- Dzięki.
Widzimy się za kilka godzin. - szybko się rozłączyłam, nie pozwalając na dalszą
rozmowę i jakiekolwiek pytania. Po jakiejś godzinie zatrzymałam się po
północno-zachodniej stronie jeziora Blair. Wysiadłam i wzięłam głęboki oddech.
Popędziłam sprintem w stronę miejsca gdzie był górski lew.
Wkrótce
byłam tam gdzie powinnam. Widziałam połamane gałązki i przygniecione liście w
miejscu gdzie leżała. Z niewielkiej odległości, zobaczyłam ogień, pochłaniający
jej szczątki.
Miejsce
pożaru było bardzo czyste i schludne. Przypominało, że pozostał po niej jedynie
popiół i dym. Mój strach się urzeczywistnił. Paliliśmy szczątki tylko wtedy
kiedy zwierzę było chore. Wiedziałam, że coś złego działo się w lesie. Zaczęło
mnie ogarniać przerażenie.
Bez
celu wędrując po lesie przez godzinę myślałam o wszystkich tych dziwnych
rzeczach, które wyszły na jaw poprzedniego dnia. Czy mogły być przypadkowe i niepowiązane? Czy
był jakiś związek pomiędzy wszystkimi, dziwnymi zdarzeniami?
Napływające
myśli, las, szukałam czegoś, ale nie byłam pewna czego dokładnie. Czułam się
jakbym wiedziała gdzie powinnam iść. Zupełnie jakbym była przyciągana przez
jakieś pole magnetyczne.
Nagle
zdałam sobie sprawę z bolesnego ukłucia w głębi mojego umysłu, bolesne uczucie,
z którym byłam zaznajomiona. Przez moment obudził wszystkie moje zmysły.
Tajemnie rozejrzałam się po podłożu, biorąc pod uwagę, z której strony mech
obrastał drzewa bym mogła określić przybliżone położenie miejsca, w którym się
znajduję. Ale ukłucie, które poczułam nie było spowodowane myślą o tym, że
mogłam się zgubić.
W
gardle utworzyła się gula, a mój oddech stał się ciężki i żmudny. Moje nogi
wydawały się być pokryte metalem, obraz
mi się rozmazał, a głowa pulsowała. Poczułam niekontrolowany impuls by uciekać,
ale moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Desperacko próbowałam wydostać się z tego
sparaliżowanego stanu.
Próbowałam
odwrócić się w stronę, z której przyszłam: to wydawało się dobrym początkiem,
ale uderzył mnie rozdzierający ból niczym oceaniczna fala napierająca na skalny
klif. Promieniował w dół mojego kręgosłupa przez klatkę piersiową, w ręce i
nogi aż palce i stopy były odrętwiałe z bólu. Nie było to odosobnione. Do tego
jeszcze intensywnie huczący ból z tyłu głowy podobny do migreny.
To
było prawie jak nocna agonia, z tym, że byłam całkowicie przytomna, a do tego
był dzień.
Nieruchoma
i nie zdolna by znieść ból, upadłam na kolana w tym samym czasie ściskając
głowę i ciało. Bolesny jęk wypełnił moje uszy, ale dopiero sekundę potem zdałam
sobie sprawę, że należał do mnie.
Czas
wydawał się zwolnić, może nawet całkowicie zatrzymać.
Drapanie
w klatce uniemożliwiało nabranie powietrza. Zupełnie jakby w atmosferze było za
mało tlenu.
I
wtedy tak nagle jak wszystko się zaczęło, dziwny atak zgasł niczym fala
cofająca się do oceanu. Promieniujący ból ustąpił miejsca nudnej, znośnej
dolegliwości. Moje oczy czuły się jak w ogniu. Obraz stał się niezwykle
wyraźny, chociaż kolory świata wyblakły do odcieni czerni, bieli i szarości.
Moje nogi wróciły, ale swędziały i płonęły. Każdy nerw w ciele krzyczał we
mnie.
Nie
rozumiałam co się dzieje.
Przez
kilka sekund, które wydawały się wiecznością natychmiast stałam się świadoma
jednej, bardzo niepokojącej prawdy.
Nie
byłam sama.
Tym
razem nie była to ta dziwna kobieta. Ta postać nie była pokryta anielską aurą.
Nie, ta była mroczniejsza.
Uniosłam
się na stopach gotowa na tego który tam był.
To,
czymkolwiek lub kimkolwiek było, znajdowało się za mną, śledząc mnie z
kierunku, z którego przyszłam.
Mogłam
to wyczuć. Groźne i niebezpieczne przeczucie.
To
nie było ani zwierzę, ani człowiek.
Zaraz!
Skąd mogłam to wiedzieć? - pomyślałam.
Oszołomiona, wciągnęłam powietrze niczym
wściekły pies. Zamarłam, wciąż jak nieżywa, przerażona sama sobą kiedy zorientowałam
się, że nagle znam różnice zapachu pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem.
Niemożliwe!
Mój
umysł odrzucił myśl, która natychmiast weszła mi w głowę. Odwróciłam się na
pięcie z prędkością, jaką wcześniej zwyczajnie nie byłam w stanie. Niemożliwie
nieludzką.
Kiedy
wyszłam z mojego oślepiająco szybkiego zwrotu, zobaczyłam sylwetkę mężczyzny.
Zniknął
tak szybko, że byłam pewna, że było w nim coś nienaturalnego. Była to postać
człowieka, ale nie wyłapałam jego twarzy. Jedynie cień ducha, którego zostawił
za sobą.
Tylko
szept szelestu liści był dowodem tego, że coś tam przed chwilą było.
Liście
drzew ponownie zaszeleściły, tym razem w bardziej przewidywalny sposób, jakby
odleciał ptak i zostawił jedynie dźwięk trzepoczących skrzydeł oraz szmer wiatru.
Dziwnie
upojny zapach uniósł się pomiędzy drzewami. Nie wiedziałam czym on jest, ale
przypadkowo się nim zaciągnęłam.
Pachniało
niemal jak świeża skóra, którą przygotowywałam w domu, ale było w nim coś
słodkiego, jak syrop klonowy albo miód.
Nie
byłam sama. Był tam...między drzewami.
- Wiem,
że tam jesteś. Pokaż się. - zażądałam władczo, zaskakując samą siebie.
Nie
byłam odważnym bohaterem. Byłam wstrząśnięta moim nietypowym pokazem odwagi i
determinacji, w którym nie mogły do mnie dotrzeć strach, groza lub panika.
Zamiast tego czułam się niezwykle mocna, spokojna i pewna siebie.
Poczułam
się potężna.
- Dalej
ty sukinsynie. Chcesz mnie? - kpiłam, drażniąc go – Chcesz mnie? No dalej.
Pierwszy
raz od dawna czułam się dobrze we własnej skórze.
Czekałam
tam, moje oczy płonęły z determinacją, obserwując sklepienie nade mną. Mogłam
usłyszeć każdy spadający liść, każdą krople rosy, każdy szept wiatru. Ale nie
usłyszałam żadnej odpowiedzi na moje żądanie. Stałam się nagle świadoma swojej
złości. Byłam wściekła, że moje żądania nie były spełnione.
I
wtedy tak nagle jak wszystko się stało tak samo szybko wyparowało. Uczucie
potęgi i kontroli zniknęło tak niespodziewanie jak się pojawiło. Nieuchronnie
czekałam, aż coś się wydarzy. W jakiś sposób wiedziałam, że tak będzie.
Stało
się to zaledwie sekundę potem. Gula w moim gardle, moje ociężałe nogi, ból
głowy. Panika, strach, nawet przerażenie. Po raz pierwszy od momentu, w którym
moje małe, senne odrętwienie się zaczęło, pojawił się strach, który uchwycił
mnie jak jeszcze nic co czułam wcześniej.
Mogłam
usłyszeć mocne walenie własnego serca. Wtedy powrócił dziesięciokrotny ból,
całe moje ciało niekontrolowanie drżało. Moje oczy znowu płonęły, a tubalny krzyk w mojej głowie sprawił, że moje
uszy zaczęły pulsować.
Starałam
się odnaleźć siłę by ruszyć, by się wydostać, ale zamiast tego upadłam na
ziemię przezwyciężona przez ból.
- Co się
do diabła dzieje? - szepnęłam
Nie
byłam sama. Pomimo wszystkiego, wciąż byłam tego boleśnie świadoma. Ale ból był
tak okropnie nie do zniesienia, że nie obchodziłoby mnie gdyby ktoś lub coś był
gdzieś tam by mnie skrzywdzić.
Jedynie
desperacko pragnęłam by ból ustał. Był bardziej intensywny niż doświadczyłam, w
którejkolwiek z moich bezsennych nocy. Wijąc się na ziemi przez kilka minut, w
końcu wywlokłam się na równe nogi i zdołałam zrobić niewiele kroków naprzód, jęcząc cały czas.
Mogłam
czuć jego wzrok na sobie. Naparłam naprzód kolejne trzy kroki. Oczekiwałam, że
każdy będzie moim ostatnim, mając nadzieję, że moja męka wreszcie się skończy.
Ale koniec nie nadszedł, a cierpienie trwało torturując mnie dopóki nie byłam
przekonana, że mój mózg może się stopić w każdym momencie.
- Co do
diabła jest ze mną nie tak? - wymamrotałam, odwracając się dookoła, obserwując
las. Mogłam wyczuć, że on wciąż gdzieś tam jest. Gdzieś blisko, wciąż mnie
obserwując.
Potykałam
się krok za krokiem, aż w końcu dotarłam do mojego Explorera. Wspięłam się i
zwaliłam na siedzenie, zamykając za sobą drzwi. Ściskając kierownicę, jakby
zależało od tego moje życie, starałam się opanować i odzyskać spokój. Mijały
minuty, a ja siedziałam tam starając się złapać oddech i czekając aż ból
ucichnie. Moje nogi niekontrolowanie drżały, a klatka piersiowa ciężko się
unosiła.
- Po
prostu oddychaj, Kota. - powiedziałam sobie. Powoli, ale na pewno mój oddech
się wyrównał, a nerwy się uspokoiły.
- Lakota!
Prawie wyskoczyłam z siedzenia i dostałam ataku
serca. Odwróciłam się znajdując Notaka walącego w okno kierowcy i krzyczącego
moje imię.
- Kota!
Wszystko w porządku? Otwórz drzwi! - desperacko na mnie krzyczał
Oszołomiona
spełniłam jego polecenie i otworzyłam drzwi. W momencie, w którym się wychylił,
szybko zdałam sobie sprawę, że zostałam przyparta. Nagle przezwyciężona przez
słabość, opadłam na siedzenie wprost w muskularne ramiona Notak'a. Przywrócił
mnie na ziemie, delikatnie ujmując moją lewą dłoń w swoją.
- Kota co
ci się stało? - zapytał, jego oczy obserwowały moje ciało z niedowierzaniem.
Spojrzałam
w dół i zamarłam w zupełnym szoku. Moja biała koszulka była przemoknięta
mieszaniną potu i krwi, poszarpana w tak wielu miejscach, że nie mogłam ich
zliczyć. Miałam rany wszędzie, krwawe nacięcia i zadrapania, które wyglądały
jakbym była zaatakowana przez wilka lub psa. Odwróciłam ręce dłonią do góry.
One również były pokryte moją własną krwią, głównie wokół paznokci.
- Kota! -
nalegał
- Ja...Ja
nie wiem. - wydukałam – Tam coś było.
-
Cholera, Kota! - krzyknął gniewnie – Wiem, że przechodzisz ostatnio przez
jakieś dziwne gówno, ale to już zbyt wiele. - powiedział – Musisz przestać być
taka twarda i powiedzieć mi w coś ty się kurwa wpakowała?
Mogłam
wyczuć łzy napływające mi do oczu. Jeśli było coś w życiu czego najbardziej
nienawidziłam to właśnie dostrzeganie jak wiele cierpienia sprawiałam Notak’owi.
Odwracając twarz w stronę lasu, starałam się powstrzymać łzy. Wtedy zobaczyłam
Kotan'a stojącego na krawędzi puszczy. Był wysoki i przystojny, a jego potężne
mięśnie przedzierały się przez ciemną, brązową skórę. Długie, czarne włosy sięgały silnej,
rzeźbionej szczęki. Spojrzenie pełne troski było niezaprzeczalne.
- Mam ją!
- krzyknął do niego Notak, ale jego oczy nigdy mnie nie opuściły. Kotan zawahał
się na moment, a potem odwrócił i pobiegł w stronę lasu.
- Notak
proszę, musisz mi uwierzyć. - błagałam przez łzy – Ja...Ja naprawdę nie wiem. - powiedziałam
oszołomiona.
Patrzył
na mnie starając się oszacować moją szczerość. Po kilku niekomfortowych
chwilach ciężko westchnął i opadł z powrotem na siedzenie. Patrzył prosto jakby
zastanawiał się co dalej zrobić.
- Coś tam
jest. Kotan widział to ostatniej nocy. Nie powinno cię tam być. - Jeszcze raz
na mnie spojrzał zanim chwycił mnie w swoje ramiona. Owinęłam moje dłonie
dookoła jego karku, witając jego uścisk. Uniósł mnie i ostrożnie posadził na
miejscu pasażera. Bez słowa zajął miejsce kierowcy i uruchomił silnik.
Wiedziałam, że mi wierzy. Czuł się bezradny i sfrustrowany, ale byłam pewna, że
mi wierzy.
Po
krótkiej jeździe zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Nadal bez ani jednego
słowa wysiadł z furgonetki i podszedł od strony pasażera by otworzyć mi drzwi.
Przez chwilę niósł moje słabe ciało, zanim dotarł do małej zatoki.
Posadził
mnie na kamieniu, ściągnął koszulkę i zamoczył ją w wodzie strumyka.
- Notak
jest za zimno. - zaprotestowałam
- Nie
martw się o mnie. Nic mi nie będzie. - zapewnił.
Delikatnie zaczął zmywać przyklejoną krew i
ziemię z mojej twarzy. Potem to samo zrobił z rękoma, brzuchem i nogami.
Po
chwili wzięłam od niego koszulkę i zaczęłam oczyszczać moje rany samodzielnie,
kiedy on obserwował mnie z uwagą.
Wzięłam
duży łyk wody z rzeki i przełknęłam go. Lodowaty płyn przemieszczający się w
dół mojego rozpalonego gardła był przyjemnym odczuciem. Odczekałam minutę, aż
dotrze do brzucha, mając nadzieję, że załagodzi węzły chłonne, które się w nim
znajdowały.
Notak
pogrzebał w małym plecaku, który ze sobą przyniósł, wyciągając kawałek
suszonego mięsa.
- Masz,
zjedz to. - powiedział, wręczając ochłap. Zapach suszonej dziczyzny sprawił, że
odczułam mdłości.
- No
dalej, Kota. To ci pomoże. – przyznał
Niechętnie
wzięłam niewielki kawałek. Miał racje, z każdym gryzem ból w moim brzuchu
powoli ustępował.
Nigdy
nie przestało mnie zadziwiać jak Notak dokładnie wiedział czego potrzebowałam w
danym momencie. Nic nie powiedział, ale wiedziałam, że czeka na wyjaśnienia. Usiadł,
cierpliwie wyczekując aż się wyczyszczę, nie naciskając, dopóki sama nie będę
gotowa.
Chciałam
coś powiedzieć, cokolwiek, ale nie wiedziałam od czego, ani jak zacząć.
- Skąd
wiedziałeś, że tam będę? – zapytałam
- Kyle
dzwonił. Powiedział, że dziwnie się wczoraj zachowywałaś. Był zaniepokojony do
czego mogłabyś być zdolna. I miał racje.
- A
Kotan?
-
Polowaliśmy kiedy zadzwonił Kyle. Te wszystkie dziwne rzeczy jakie się dzieją,
pomyślałem, że nie powinienem być tam sam. Oczywiście te, o których ty nie
pomyślałaś.
Westchnęłam
wywracając oczami.
-
Potrafię o siebie zadbać. – powiedziałam, ale słowa nie zabrzmiały tak
przekonywująco jak chciałam.
- Yhm,
właśnie widzę. Co cię tak urządziło? – zapytał wskazując rozcięcia i ślady po
pazurach pokrywające całe moje ciało.
- Coś tam
było, ale nigdy mnie nie dotknęło. Nie potrafię wyjaśnić jak i dlaczego, ale to
było samookaleczenie. – powiedziałam przesuwając palce by pokazać mu zebraną
pod moimi paznokciami skórę i krew od zagłębiania się w moim własnym ciele.
- Co do
diabła się z tobą dzieje, Kota? – pokiwał z dezaprobatą – I to całe „nie wiem”
nie wchodzi już w grę, wiec wyduś to z siebie.
- Jest
coraz gorzej. – wymamrotałam spoglądając ze wstydem na ziemię – Coś we mnie się
zmienia, bracie. Nie potrafię tego wyjaśnić. – zawahałam się – Widziałam,
słyszałam i wyczuwałam rzeczy… Rzeczy, których po ludzku nie powinnam być w
stanie. – powiedziałam, zagłębiając się w przeszłość – Myślę, że moje koszmary
były ostrzeżeniem przed czymś co nadchodzi. Mówiłam poważnie twierdząc, że
jestem przeklęta.
Moje myśli momentalnie powędrowały w stronę
nieznanych słów od obcej kobiety.
- Coś lub ktoś tam jest… Mam co do tego złe
przeczucia. – zamarłam, ponownie zagubiona we własnych myślach. – Przepraszam.
Na pewno uważasz, że jestem szalona.
- Tak.
Całkowicie obłąkana. – stwierdził sarkastycznie. Przybliżył się do mnie i ujął
jedną z moich dłoni. – Kota, znam cię całe moje życie. Wiem jaka byłaś i jak
się zmieniłaś. Ale przez cały ten czas, przeszły i obecny, nigdy nie wątpiłem,
że twoje dziedzictwo będzie… epickie. Nie potrafię tego wyjaśnić, to po prostu
przeczucie. Ufam ci i wierzę. – powiedział patrząc mi w oczy. – Rozwiążemy to.
Obiecuję ci.
Odwrócił
się starając ukryć chichot.
- Tak
poza tym, to musi to być coś poważnego. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem cię
tak bladej. Teraz już wiem jakbyś wyglądała gdybyś nie była półkrwi. – droczył
się
- Ha, ha,
ha. – zaszydziłam
Jego śmiech pomógł mi
zapomnieć o tym co się wydarzyło. Miło było wiedzieć, że wspiera mnie pomimo
wszystkich dziwactw.
-
Domyślam się, że ta bransoletka nie sprawdziła się za dobrze w ochronie, co? –
spojrzał rozczarowany na prezent, który dał mi poprzedniego dnia.
-
Nieprawda. Nie sądzę by to miało mnie chronić przed samą sobą. Poza tym, gdzieś
tam coś się dzieje, a ja nadal jestem tutaj. – delikatnie przetarłam koraliki
spoczywające dookoła mojego zakrwawionego nadgarstka, z opóźnieniem
zastanawiając się w jak wielkim niebezpieczeństwie tak naprawdę byłam.
- Więc co
teraz? – zapytałam
- Masz
coś na przebranie?
- Tak, w
bagażniku. – skinęłam w kierunku Explorera. Nigdy nie wiadomo gdzie lub jak
długo będziesz w pracy, więc dobry strażnik jest zawsze przygotowany: jedzenie,
woda, dodatkowe ubrania, koce, flary, zapałki i krótkofalówka. To wszystko
podstawowe rzeczy konieczne do przetrwania w niektórych częściach lasu.
- Zabierz
mnie na główną drogę. Stamtąd już dojdę do domu. – powiedział – Idź do pracy
zanim Kyle zacznie się za bardzo martwić. Powiem coś ojcu, żeby i on się nie zamartwiał. Powiem… - przerwał w
zamyśleniu – Powiem, że spadłaś ze wzgórza, czy coś.
- A co z
Kotanem?
- Coś mi
mówi, że nie ma zamiaru wspominać Wakizie o niczym. – powiedział
Skinęłam
zgadzając się na taki plan.
- Ale
obiecaj, że powiesz mi jeśli coś jeszcze się wydarzy. – zażądał.
Zgodziłam
się.
To
samo co wymyślił Notak powiedziałam Kyle’owi: wędrowałam i upadłam ze wzgórza.
Na szczęście koszulka z długim rękawem i spodnie, które ubrałam były ciemno
niebieskie i ukryły większość krwawych dowodów.
Kiedy
zapytał o zdarzenia z poprzedniego dnia, uprzejmie wyjaśniłam, że gdybym
rozumiała co to do cholery było, on byłby pierwszym, który by się o tym
dowiedział. Smutne było to, że to naprawdę była prawda.
Tej
nocy, kiedy wróciłam do domu, mogłabym przysiąc, że widziałam postać między
drzewami, obserwującą mnie. W powietrzu był zapach czegoś ostrego i słodkiego
jak wcześniej w obecności tego stworzenia. Ale kiedy chciałam podejść by mieć
lepszy widok… Nikogo tam nie było.
Zapach
zniknął.
Kiedy
szłam do swojego pokoju, Wakiza zrobił mi pogadankę o tym jak niezdarna byłam
by spaść ze wzgórza. Sięgnęłam do lodówki po piwo dla niego i odparowałam, że
byłam po prostu bardzo zmęczona i bardziej wyłączona* niż zwykle. Na szczęście
dalej nie naciskał. Wziął piwo, otworzył je i wrócił do oglądania wiadomości
bez żadnego spojrzenia w moją stronę.
Będąc
z powrotem w pokoju odkleiłam ubrania od zakrwawionej skóry, starając się
uważać na miejsca gdzie krew przyschła do tkaniny i przylgnęła do ran. Wzięłam
długą kąpiel, oczyszczając rozcięcia na skórze, potem wyczerpana walnęłam się
na łóżko. Agonia tej nocy była tak silna, że dosłownie zemdlałam z bólu i
zmęczenia. Koszmar był taki sam jak zawsze z wyjątkiem tego, że być może było
więcej przejrzystości w ciemnej, złowrogiej postaci. Był cienisty, ogromny i
czarny. Miał wspaniałe, skórzane skrzydła, ale ciało mężczyzny.
I
wtedy głębokie śnienia snu mnie zabrały.
Przez
resztę snu moje ciało i umysł jakoś znalazły ukojenie i podobieństwo spokoju.
Zupełnie
jakby natarczywa istota przyniosła nieco pojednania.
*W znaczeniu zamyślona, pozbawiona skupienia.