wtorek, 18 sierpnia 2015

ISTOTA

 - Czego ode mnie chcesz? - zapytałam, podchodząc bliżej
          Tym razem kobieca postać zrobiła kilka kroków w moją stronę. W kilka chwil była na wyciągniecie ręki.
          Nadal nie mogłam rozpoznać jej twarzy, znajdującej się w cieniu kaptura, ale mogłam dostrzec, że była smukła w budowie, i że nosiła czarne rękawice na delikatnych chudych palcach.
 - Duchy twojej przeszłości...Wrócą do ciebie. - szepnęła anielskim głosem
          W momencie ciszy podniosła swą głowę by napotkać moją. Kilka kosmków złotych włosów wymknęło się spod kaptura i opadło na jej pierś. W ciemności, która ją pochłaniała były dwie rzeczy, które były obrazowo jasne – jej różano czerwone usta i osobliwe oczy.
          To były niesamowite oczy. Ich kolor był niemal tak świetlisty jak włosy, ale złoto okrążała czarna obręcz. Może ciemny czerwony albo ziemisto brązowy.
          Przypominały mi coś nieziemskiego i obcego.
 - Ja...Nie rozumiem. - jęknęłam, kręcąc głową i przesuwając wzrok na ziemię. Mój umysł desperacko próbował zrozumieć co ona sugeruje. Ale w momencie, w którym dokończyłam zdanie i podniosłam wzrok liście zaszeleściły przez nagle wzmagający się wiatr. Już jej nie było.
 - Tajemnice tkwią w przeszłości. - jej głos roznosił się między drzewami w powietrzu dookoła mnie.
          Odwracając się na pięcie, rozglądałam się by zobaczyć gdzie ona zniknęła, ale nigdzie nie było jej widać. Przeczesując teren, szukałam jakichkolwiek znaków świadczących o jej obecności: złamanych gałązek, pogniecionych liści, poprzewracanych kamieni – czegokolwiek. Nie było pojedynczego śladu. Roztargniona, zaczęłam się zastanawiać czy naprawdę ją widziałam, czy może była wytworem mojej wyobraźni. Było tak jakby całkowicie zniknęła.
          Stałam zahipnotyzowana, pochłonięta strachem. Nie mogłam pojąć co widziałam, ani tego co ona miała na myśli. Usiadłam w pobliżu pnia, zagubiona  w otchłani moich myśli dopóki słońce porządnie nie zaszło.
          Kiedy w końcu byłam w stanie zebrać się w sobie, w oszołomieniu wpadłam do domu.
- Halo? Ktoś jest w domu? - krzyknęłam, rzucając klucze na drobną szafkę w małym przedsionku. Przekroczyłam próg salonu szukając ojca. Większość nocy siedział tutaj w swoim dużym, brązowym, skórzanym fotelu z piwem na stole obok, przeglądając lokalne wiadomości.
 - Lakota? - brat Notak wyszedł z korytarza, który prowadził do trzech małych sypialni. Podszedł do lodówki i zabrał jabłko. Wziął dużego gryza, zamykając lodówkę.
 - Gdzie jest Wakiza? - spytałam nieco zaniepokojona
 - Ćwiczy musztrę z Jesse'im i wojownikami. - wybełkotał z pełną buzią – Zajmują się jakimś martwym zwierzęciem w południowo-wschodniej części Willamette - wyjaśnił
 - Tak, Kyle i ja sprawdzaliśmy dzisiaj górskiego lwa, zapytałam Kotan'a i Yuri'ego czy mogliby pozbyć się go za niego.  Dlaczego ojciec się w to zaangażował?
 - Nie wiem. Kotan zadzwonił do niego jeszcze nie tak dawno. Powiedział, że jest coś bardzo dziwnego w całej tej sprawie.  - nagle jego postawa zmieniła się ukazując podejrzenie – Co się dzieje? To znaczy myślałem, że strażnicy zostawiają takie sprawy naturze. Czego mi nie mówisz?
          Westchnęłam. Nie było sposobu by to przed nim ukryć. Zbyt dobrze mnie znał.
 - Nie jestem pewna, ale to było dziwne. Tylko małe rzeczy, które… nie pasowały. Może Kotan i Yuri czegoś się dowiedzą. Mają większe doświadczenie ode mnie. Ale mam nadzieję, że nie wezmą Jesse'iego. On nie jest gotowy. - powiedziałam zmartwiona.
 - Pierwotnie Jesse nie poszedł. Ale kiedy Kotan zadzwonił, spytał Wakizy, czy może go przyprowadzić. Powiedział coś o tym, że to będzie dobre ćwiczenie. Nie widzieli czegoś takiego już od dawna. Miej trochę wiary. Jesse ma trochę szalonych umiejętności i szybko się uczy. - powiedział z komicznym ożywieniem.
 - Po prostu nie popieram taty obsesji by zrobić z niego wojownika. To jeszcze dziecko. - Zamyśliłam się. W głębi umysłu byłam zaniepokojona tym co widziałam wcześniej. Co to znaczyło?
 - Jesse ma czternaście lat. Nie jest już małym chłopcem. Przecież nie polują na niedźwiedzia, ani nic takiego. Po prostu sprzątają bałagan. Dlaczego tak się przejmujesz? - nabrał podejrzeń – O co chodzi z tymi wszystkimi zwątpieniami? Chcesz mi coś powiedzieć?
          Zaczęłam wracać myślami do górskiego lwa, nietypowych ran i dziwnej kobiety. Czy byli ze sobą powiązani? Nie było tak, że nie ufałam Notak'owi. Ufałam mu swoim życiem. Po prostu nie byłam pewna, czy nie będę żałować jeśli go w to wciągnę.
 - Oni po prostu nie wiedzą, co mogą tam napotkać. Coś mi nie gra w całej tej sprawie.
 - Jezu, Kota. Widziałaś Wielką Stopę albo coś takiego? Wszystko będzie z nimi w porządku. Nie rozumiem dokładnie całego tego biznesu „wojowników”, ale ty wiesz lepiej niż ja, że ojciec wie co robi. I odpuść Jesse'iemu. Dzieciak ma węch wilka. Jest urodzonym łowcą i tropicielem.
          W mglistych wspomnieniach powróciłam myślami do dnia narodzin Jesse'iego. Był pierwszym dzieckiem w plemieniu urodzonym po masakrze. Jego pojawienie się było punktem zwrotnym dla naszych ludzi. Był brzaskiem nowej nadziei.
 - Tak. Zdecydowanie ma coś w sobie. Pamiętasz jak odmówił marszu. Nigdy nie chciał przestać się płaszczyć. A pamiętasz jak miał w zwyczaju rozmawiać z wilkami? I jak miał dwa lata kiedy postrzelił swoją pierwszą wiewiórkę. - przypomniałam
 - Hey. Pamiętam jeszcze kogoś. Wiem kto spał w wilczej norze. Oh, czy wspomniałem, że razem z wilkami? - powiedział, efektownie opisując moje dzieciństwo. - Daj spokój, Kota. Jest dobry w tym co robi. Pozwól mu być sobą. Nie bądź hipokrytką. Macie więcej wspólnego niż przyznajesz.
 - Tak i to mnie przeraża. - powiedziałam – Jest dla mnie jak młodszy brat.
 - Cóż, teraz wiesz jak się czuję. - powiedział, puszczając oko.
          Nie zareagowałam. Otworzyłam lodówkę i wzięłam jedno jabłko dla siebie.
 - To był długi dzień. Idę się położyć. - powiedziałam biorąc gryza
 - W porządku. Jak zawsze mam nadzieję, że coś się zmieni dzisiejszej nocy.
          Idąc w stronę pokoju, szybko odwróciłam się przez ramię by wyłapać jego smutne spojrzenie. Wiedział tak dobrze jak ja co przynosi noc.
 - Ja też. - mruknęłam
          Mój niespokojny sen nadszedł szybko. Przybył koszmar, a potem agonia. Ta noc nie różniła się od żadnej z poprzednich przez ostatnie cztery lata. Tym razem przypuszczałam, że znajomy głos należy do niej. Nie był to już obcy szept. Był to głos kobiety z lasu. Kobiety z różano czerwonymi ustami, dziwnymi oczami i nieziemskim głosem.
          Kiedy tak jak zawsze obudziłam się cała spocona, mogłabym przysiąc, że widziałam te nieprawdopodobne oczy wyglądające przez okno. Przez moment, leżałam zastanawiając się co widziałam, ale w końcu popadłam w bezsenność. Następną rzeczą jaką czułam były promienie słońca ogrzewające moją brązową skórę.
          Wstałam i ubrałam się w mniej niż dwie minuty, ale tym razem założyłam skórzane mokasyny, zamiast moich standardowych butów. Tak szybko jak mogłam wymknęłam się z domu, unikając spotkania z Wakizą lub Notakiem. Rzuciłam buty na siedzenie pasażera i wskoczyłam na miejsce kierowcy. Przekręciłam kluczyk, uruchamiając silnik Explorer'a i wywlekłam się na drogę wyjazdową z rezerwatu. Pojechałam w dół główną drogą, wyciągając komórkę.
 - Kyle, to ja. Cześć, mam coś czym muszę się zająć zanim przyjadę, w porządku? - spytałam
 - Oczywiście. - powiedział z lekkim wahaniem.
 - Dzięki. Widzimy się za kilka godzin. - szybko się rozłączyłam, nie pozwalając na dalszą rozmowę i jakiekolwiek pytania. Po jakiejś godzinie zatrzymałam się po północno-zachodniej stronie jeziora Blair. Wysiadłam i wzięłam głęboki oddech. Popędziłam sprintem w stronę miejsca gdzie był górski lew.
          Wkrótce byłam tam gdzie powinnam. Widziałam połamane gałązki i przygniecione liście w miejscu gdzie leżała. Z niewielkiej odległości, zobaczyłam ogień, pochłaniający jej szczątki.
          Miejsce pożaru było bardzo czyste i schludne. Przypominało, że pozostał po niej jedynie popiół i dym. Mój strach się urzeczywistnił. Paliliśmy szczątki tylko wtedy kiedy zwierzę było chore. Wiedziałam, że coś złego działo się w lesie. Zaczęło mnie ogarniać przerażenie.
          Bez celu wędrując po lesie przez godzinę myślałam o wszystkich tych dziwnych rzeczach, które wyszły na jaw poprzedniego dnia.  Czy mogły być przypadkowe i niepowiązane? Czy był jakiś związek pomiędzy wszystkimi, dziwnymi zdarzeniami?
          Napływające myśli, las, szukałam czegoś, ale nie byłam pewna czego dokładnie. Czułam się jakbym wiedziała gdzie powinnam iść. Zupełnie jakbym była przyciągana przez jakieś pole magnetyczne.
          Nagle zdałam sobie sprawę z bolesnego ukłucia w głębi mojego umysłu, bolesne uczucie, z którym byłam zaznajomiona. Przez moment obudził wszystkie moje zmysły. Tajemnie rozejrzałam się po podłożu, biorąc pod uwagę, z której strony mech obrastał drzewa bym mogła określić przybliżone położenie miejsca, w którym się znajduję. Ale ukłucie, które poczułam nie było spowodowane myślą o tym, że mogłam się zgubić.
          W gardle utworzyła się gula, a mój oddech stał się ciężki i żmudny. Moje nogi wydawały się być pokryte metalem,  obraz mi się rozmazał, a głowa pulsowała. Poczułam niekontrolowany impuls by uciekać, ale moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Desperacko próbowałam wydostać się z tego sparaliżowanego stanu.
          Próbowałam odwrócić się w stronę, z której przyszłam: to wydawało się dobrym początkiem, ale uderzył mnie rozdzierający ból niczym oceaniczna fala napierająca na skalny klif. Promieniował w dół mojego kręgosłupa przez klatkę piersiową, w ręce i nogi aż palce i stopy były odrętwiałe z bólu. Nie było to odosobnione. Do tego jeszcze intensywnie huczący ból z tyłu głowy podobny do migreny.
          To było prawie jak nocna agonia, z tym, że byłam całkowicie przytomna, a do tego był dzień.
          Nieruchoma i nie zdolna by znieść ból, upadłam na kolana w tym samym czasie ściskając głowę i ciało. Bolesny jęk wypełnił moje uszy, ale dopiero sekundę potem zdałam sobie sprawę, że należał do mnie.
          Czas wydawał się zwolnić, może nawet całkowicie zatrzymać.
          Drapanie w klatce uniemożliwiało nabranie powietrza. Zupełnie jakby w atmosferze było za mało tlenu.
          I wtedy tak nagle jak wszystko się zaczęło, dziwny atak zgasł niczym fala cofająca się do oceanu. Promieniujący ból ustąpił miejsca nudnej, znośnej dolegliwości. Moje oczy czuły się jak w ogniu. Obraz stał się niezwykle wyraźny, chociaż kolory świata wyblakły do odcieni czerni, bieli i szarości. Moje nogi wróciły, ale swędziały i płonęły. Każdy nerw w ciele krzyczał we mnie.
          Nie rozumiałam co się dzieje.
          Przez kilka sekund, które wydawały się wiecznością natychmiast stałam się świadoma jednej, bardzo niepokojącej prawdy.
          Nie byłam sama.
          Tym razem nie była to ta dziwna kobieta. Ta postać nie była pokryta anielską aurą. Nie, ta była mroczniejsza.
          Uniosłam się na stopach gotowa na tego który tam był.
          To, czymkolwiek lub kimkolwiek było, znajdowało się za mną, śledząc mnie z kierunku, z którego przyszłam.
          Mogłam to wyczuć. Groźne i niebezpieczne przeczucie.
          To nie było ani zwierzę, ani człowiek. 
          Zaraz! Skąd mogłam to wiedzieć? - pomyślałam.
Oszołomiona, wciągnęłam powietrze niczym wściekły pies. Zamarłam, wciąż jak nieżywa, przerażona sama sobą kiedy zorientowałam się, że nagle znam różnice zapachu pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem.
          Niemożliwe!
          Mój umysł odrzucił myśl, która natychmiast weszła mi w głowę. Odwróciłam się na pięcie z prędkością, jaką wcześniej zwyczajnie nie byłam w stanie. Niemożliwie nieludzką.
          Kiedy wyszłam z mojego oślepiająco szybkiego zwrotu, zobaczyłam sylwetkę mężczyzny.
          Zniknął tak szybko, że byłam pewna, że było w nim coś nienaturalnego. Była to postać człowieka, ale nie wyłapałam jego twarzy. Jedynie cień ducha, którego zostawił za sobą.
          Tylko szept szelestu liści był dowodem tego, że coś tam przed chwilą było.
          Liście drzew ponownie zaszeleściły, tym razem w bardziej przewidywalny sposób, jakby odleciał ptak i zostawił jedynie dźwięk trzepoczących skrzydeł oraz szmer wiatru.
          Dziwnie upojny zapach uniósł się pomiędzy drzewami. Nie wiedziałam czym on jest, ale przypadkowo się nim zaciągnęłam.
          Pachniało niemal jak świeża skóra, którą przygotowywałam w domu, ale było w nim coś słodkiego, jak syrop klonowy albo miód.
          Nie byłam sama. Był tam...między drzewami.
 - Wiem, że tam jesteś. Pokaż się. - zażądałam władczo, zaskakując samą siebie.
          Nie byłam odważnym bohaterem. Byłam wstrząśnięta moim nietypowym pokazem odwagi i determinacji, w którym nie mogły do mnie dotrzeć strach, groza lub panika. Zamiast tego czułam się niezwykle mocna, spokojna i pewna siebie.
          Poczułam się potężna.
 - Dalej ty sukinsynie. Chcesz mnie? - kpiłam, drażniąc go – Chcesz mnie? No dalej.
          Pierwszy raz od dawna czułam się dobrze we własnej skórze.
          Czekałam tam, moje oczy płonęły z determinacją, obserwując sklepienie nade mną. Mogłam usłyszeć każdy spadający liść, każdą krople rosy, każdy szept wiatru. Ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi na moje żądanie. Stałam się nagle świadoma swojej złości. Byłam wściekła, że moje żądania nie były spełnione.
          I wtedy tak nagle jak wszystko się stało tak samo szybko wyparowało. Uczucie potęgi i kontroli zniknęło tak niespodziewanie jak się pojawiło. Nieuchronnie czekałam, aż coś się wydarzy. W jakiś sposób wiedziałam, że tak będzie.
          Stało się to zaledwie sekundę potem. Gula w moim gardle, moje ociężałe nogi, ból głowy. Panika, strach, nawet przerażenie. Po raz pierwszy od momentu, w którym moje małe, senne odrętwienie się zaczęło, pojawił się strach, który uchwycił mnie jak jeszcze nic co czułam wcześniej.
          Mogłam usłyszeć mocne walenie własnego serca. Wtedy powrócił dziesięciokrotny ból, całe moje ciało niekontrolowanie drżało. Moje oczy znowu płonęły, a  tubalny krzyk w mojej głowie sprawił, że moje uszy zaczęły pulsować.
          Starałam się odnaleźć siłę by ruszyć, by się wydostać, ale zamiast tego upadłam na ziemię przezwyciężona przez ból.
 - Co się do diabła dzieje? - szepnęłam
          Nie byłam sama. Pomimo wszystkiego, wciąż byłam tego boleśnie świadoma. Ale ból był tak okropnie nie do zniesienia, że nie obchodziłoby mnie gdyby ktoś lub coś był gdzieś tam by mnie skrzywdzić.
          Jedynie desperacko pragnęłam by ból ustał. Był bardziej intensywny niż doświadczyłam, w którejkolwiek z moich bezsennych nocy. Wijąc się na ziemi przez kilka minut, w końcu wywlokłam się na równe nogi i zdołałam zrobić niewiele  kroków naprzód, jęcząc cały czas.
          Mogłam czuć jego wzrok na sobie. Naparłam naprzód kolejne trzy kroki. Oczekiwałam, że każdy będzie moim ostatnim, mając nadzieję, że moja męka wreszcie się skończy. Ale koniec nie nadszedł, a cierpienie trwało torturując mnie dopóki nie byłam przekonana, że mój mózg może się stopić w każdym momencie.
 - Co do diabła jest ze mną nie tak? - wymamrotałam, odwracając się dookoła, obserwując las. Mogłam wyczuć, że on wciąż gdzieś tam jest. Gdzieś blisko, wciąż mnie obserwując.
          Potykałam się krok za krokiem, aż w końcu dotarłam do mojego Explorera. Wspięłam się i zwaliłam na siedzenie, zamykając za sobą drzwi. Ściskając kierownicę, jakby zależało od tego moje życie, starałam się opanować i odzyskać spokój. Mijały minuty, a ja siedziałam tam starając się złapać oddech i czekając aż ból ucichnie. Moje nogi niekontrolowanie drżały, a klatka piersiowa ciężko się unosiła.
 - Po prostu oddychaj, Kota. - powiedziałam sobie. Powoli, ale na pewno mój oddech się wyrównał, a nerwy się uspokoiły.
 - Lakota!
Prawie wyskoczyłam z siedzenia i dostałam ataku serca. Odwróciłam się znajdując Notaka walącego w okno kierowcy i krzyczącego moje imię.
 - Kota! Wszystko w porządku? Otwórz drzwi! - desperacko na mnie krzyczał
          Oszołomiona spełniłam jego polecenie i otworzyłam drzwi. W momencie, w którym się wychylił, szybko zdałam sobie sprawę, że zostałam przyparta. Nagle przezwyciężona przez słabość, opadłam na siedzenie wprost w muskularne ramiona Notak'a. Przywrócił mnie na ziemie, delikatnie ujmując moją lewą dłoń w swoją.
 - Kota co ci się stało? - zapytał, jego oczy obserwowały moje ciało z niedowierzaniem.
          Spojrzałam w dół i zamarłam w zupełnym szoku. Moja biała koszulka była przemoknięta mieszaniną potu i krwi, poszarpana w tak wielu miejscach, że nie mogłam ich zliczyć. Miałam rany wszędzie, krwawe nacięcia i zadrapania, które wyglądały jakbym była zaatakowana przez wilka lub psa. Odwróciłam ręce dłonią do góry. One również były pokryte moją własną krwią, głównie wokół paznokci.
 - Kota! - nalegał
 - Ja...Ja nie wiem. - wydukałam – Tam coś było.
 - Cholera, Kota! - krzyknął gniewnie – Wiem, że przechodzisz ostatnio przez jakieś dziwne gówno, ale to już zbyt wiele. - powiedział – Musisz przestać być taka twarda i powiedzieć mi w coś ty się kurwa wpakowała?
          Mogłam wyczuć łzy napływające mi do oczu. Jeśli było coś w życiu czego najbardziej nienawidziłam to właśnie dostrzeganie jak wiele cierpienia sprawiałam Notak’owi. Odwracając twarz w stronę lasu, starałam się powstrzymać łzy. Wtedy zobaczyłam Kotan'a stojącego na krawędzi puszczy. Był wysoki i przystojny, a jego potężne mięśnie przedzierały się przez ciemną, brązową skórę.  Długie, czarne włosy sięgały silnej, rzeźbionej szczęki. Spojrzenie pełne troski było niezaprzeczalne.
 - Mam ją! - krzyknął do niego Notak, ale jego oczy nigdy mnie nie opuściły. Kotan zawahał się na moment, a potem odwrócił i pobiegł w stronę lasu.
 - Notak proszę, musisz mi uwierzyć. - błagałam przez łzy –  Ja...Ja naprawdę nie wiem. - powiedziałam oszołomiona.
          Patrzył na mnie starając się oszacować moją szczerość. Po kilku niekomfortowych chwilach ciężko westchnął i opadł z powrotem na siedzenie. Patrzył prosto jakby zastanawiał się co dalej zrobić.
 - Coś tam jest. Kotan widział to ostatniej nocy. Nie powinno cię tam być. - Jeszcze raz na mnie spojrzał zanim chwycił mnie w swoje ramiona. Owinęłam moje dłonie dookoła jego karku, witając jego uścisk. Uniósł mnie i ostrożnie posadził na miejscu pasażera. Bez słowa zajął miejsce kierowcy i uruchomił silnik. Wiedziałam, że mi wierzy. Czuł się bezradny i sfrustrowany, ale byłam pewna, że mi wierzy.
          Po krótkiej jeździe zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Nadal bez ani jednego słowa wysiadł z furgonetki i podszedł od strony pasażera by otworzyć mi drzwi. Przez chwilę niósł moje słabe ciało, zanim dotarł do małej zatoki.
          Posadził mnie na kamieniu, ściągnął koszulkę i zamoczył ją w wodzie strumyka.
 - Notak jest za zimno. - zaprotestowałam
 - Nie martw się o mnie. Nic mi nie będzie. - zapewnił.
Delikatnie zaczął zmywać przyklejoną krew i ziemię z mojej twarzy. Potem to samo zrobił z rękoma, brzuchem i nogami.
          Po chwili wzięłam od niego koszulkę i zaczęłam oczyszczać moje rany samodzielnie, kiedy on  obserwował mnie z uwagą.
          Wzięłam duży łyk wody z rzeki i przełknęłam go. Lodowaty płyn przemieszczający się w dół mojego rozpalonego gardła był przyjemnym odczuciem. Odczekałam minutę, aż dotrze do brzucha, mając nadzieję, że załagodzi węzły chłonne, które się w nim znajdowały.
          Notak pogrzebał w małym plecaku, który ze sobą przyniósł, wyciągając kawałek suszonego mięsa.
 - Masz, zjedz to. - powiedział, wręczając ochłap. Zapach suszonej dziczyzny sprawił, że odczułam mdłości.
 - No dalej, Kota. To ci pomoże. – przyznał
          Niechętnie wzięłam niewielki kawałek. Miał racje, z każdym gryzem ból w moim brzuchu powoli ustępował.
          Nigdy nie przestało mnie zadziwiać jak Notak dokładnie wiedział czego potrzebowałam w danym momencie. Nic nie powiedział, ale wiedziałam, że czeka na wyjaśnienia. Usiadł, cierpliwie wyczekując aż się wyczyszczę, nie naciskając, dopóki sama nie będę gotowa.
          Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek, ale nie wiedziałam od czego, ani jak zacząć.
 - Skąd wiedziałeś, że tam będę? – zapytałam
 - Kyle dzwonił. Powiedział, że dziwnie się wczoraj zachowywałaś. Był zaniepokojony do czego mogłabyś być zdolna. I miał racje.
 - A Kotan?
 - Polowaliśmy kiedy zadzwonił Kyle. Te wszystkie dziwne rzeczy jakie się dzieją, pomyślałem, że nie powinienem być tam sam. Oczywiście te, o których ty nie pomyślałaś.
          Westchnęłam wywracając oczami.
 - Potrafię o siebie zadbać. – powiedziałam, ale słowa nie zabrzmiały tak przekonywująco jak chciałam.
 - Yhm, właśnie widzę. Co cię tak urządziło? – zapytał wskazując rozcięcia i ślady po pazurach pokrywające całe moje ciało.
 - Coś tam było, ale nigdy mnie nie dotknęło. Nie potrafię wyjaśnić jak i dlaczego, ale to było samookaleczenie. – powiedziałam przesuwając palce by pokazać mu zebraną pod moimi paznokciami skórę i krew od zagłębiania się w moim własnym ciele.
 - Co do diabła się z tobą dzieje, Kota? – pokiwał z dezaprobatą – I to całe „nie wiem” nie wchodzi już w grę, wiec wyduś to z siebie.
 - Jest coraz gorzej. – wymamrotałam spoglądając ze wstydem na ziemię – Coś we mnie się zmienia, bracie. Nie potrafię tego wyjaśnić. – zawahałam się – Widziałam, słyszałam i wyczuwałam rzeczy… Rzeczy, których po ludzku nie powinnam być w stanie. – powiedziałam, zagłębiając się w przeszłość – Myślę, że moje koszmary były ostrzeżeniem przed czymś co nadchodzi. Mówiłam poważnie twierdząc, że jestem przeklęta.
Moje myśli momentalnie powędrowały w stronę nieznanych słów od obcej kobiety.
- Coś lub ktoś tam jest… Mam co do tego złe przeczucia. – zamarłam, ponownie zagubiona we własnych myślach. – Przepraszam. Na pewno uważasz, że jestem szalona.
 - Tak. Całkowicie obłąkana. – stwierdził sarkastycznie. Przybliżył się do mnie i ujął jedną z moich dłoni. – Kota, znam cię całe moje życie. Wiem jaka byłaś i jak się zmieniłaś. Ale przez cały ten czas, przeszły i obecny, nigdy nie wątpiłem, że twoje dziedzictwo będzie… epickie. Nie potrafię tego wyjaśnić, to po prostu przeczucie. Ufam ci i wierzę. – powiedział patrząc mi w oczy. – Rozwiążemy to. Obiecuję ci.
          Odwrócił się starając ukryć chichot.
 - Tak poza tym, to musi to być coś poważnego. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem cię tak bladej. Teraz już wiem jakbyś wyglądała gdybyś nie była półkrwi. – droczył się
 - Ha, ha, ha. – zaszydziłam
Jego śmiech pomógł mi zapomnieć o tym co się wydarzyło. Miło było wiedzieć, że wspiera mnie pomimo wszystkich dziwactw.
 - Domyślam się, że ta bransoletka nie sprawdziła się za dobrze w ochronie, co? – spojrzał rozczarowany na prezent, który dał mi poprzedniego dnia.
 - Nieprawda. Nie sądzę by to miało mnie chronić przed samą sobą. Poza tym, gdzieś tam coś się dzieje, a ja nadal jestem tutaj. – delikatnie przetarłam koraliki spoczywające dookoła mojego zakrwawionego nadgarstka, z opóźnieniem zastanawiając się w jak wielkim niebezpieczeństwie tak naprawdę byłam.
 - Więc co teraz? – zapytałam
 - Masz coś na przebranie?
 - Tak, w bagażniku. – skinęłam w kierunku Explorera. Nigdy nie wiadomo gdzie lub jak długo będziesz w pracy, więc dobry strażnik jest zawsze przygotowany: jedzenie, woda, dodatkowe ubrania, koce, flary, zapałki i krótkofalówka. To wszystko podstawowe rzeczy konieczne do przetrwania w niektórych częściach lasu.
 - Zabierz mnie na główną drogę. Stamtąd już dojdę do domu. – powiedział – Idź do pracy zanim Kyle zacznie się za bardzo martwić. Powiem coś ojcu, żeby i on się  nie zamartwiał. Powiem… - przerwał w zamyśleniu – Powiem, że spadłaś ze wzgórza, czy coś.
 - A co z Kotanem?
 - Coś mi mówi, że nie ma zamiaru wspominać Wakizie o niczym. – powiedział
          Skinęłam zgadzając się na taki plan.
 - Ale obiecaj, że powiesz mi jeśli coś jeszcze się wydarzy. – zażądał.
          Zgodziłam się.
          To samo co wymyślił Notak powiedziałam Kyle’owi: wędrowałam i upadłam ze wzgórza. Na szczęście koszulka z długim rękawem i spodnie, które ubrałam były ciemno niebieskie i ukryły większość krwawych dowodów.
          Kiedy zapytał o zdarzenia z poprzedniego dnia, uprzejmie wyjaśniłam, że gdybym rozumiała co to do cholery było, on byłby pierwszym, który by się o tym dowiedział. Smutne było to, że to naprawdę była prawda.
          Tej nocy, kiedy wróciłam do domu, mogłabym przysiąc, że widziałam postać między drzewami, obserwującą mnie. W powietrzu był zapach czegoś ostrego i słodkiego jak wcześniej w obecności tego stworzenia. Ale kiedy chciałam podejść by mieć lepszy widok… Nikogo tam nie było.
          Zapach zniknął.
          Kiedy szłam do swojego pokoju, Wakiza zrobił mi pogadankę o tym jak niezdarna byłam by spaść ze wzgórza. Sięgnęłam do lodówki po piwo dla niego i odparowałam, że byłam po prostu bardzo zmęczona i bardziej wyłączona* niż zwykle. Na szczęście dalej nie naciskał. Wziął piwo, otworzył je i wrócił do oglądania wiadomości bez żadnego spojrzenia w moją stronę.
          Będąc z powrotem w pokoju odkleiłam ubrania od zakrwawionej skóry, starając się uważać na miejsca gdzie krew przyschła do tkaniny i przylgnęła do ran. Wzięłam długą kąpiel, oczyszczając rozcięcia na skórze, potem wyczerpana walnęłam się na łóżko. Agonia tej nocy była tak silna, że dosłownie zemdlałam z bólu i zmęczenia. Koszmar był taki sam jak zawsze z wyjątkiem tego, że być może było więcej przejrzystości w ciemnej, złowrogiej postaci. Był cienisty, ogromny i czarny. Miał wspaniałe, skórzane skrzydła, ale ciało mężczyzny.
          I wtedy głębokie śnienia snu mnie zabrały.
          Przez resztę snu moje ciało i umysł jakoś znalazły ukojenie i podobieństwo spokoju.
          Zupełnie jakby natarczywa istota przyniosła nieco pojednania.

 *W znaczeniu zamyślona, pozbawiona skupienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz