wtorek, 18 sierpnia 2015

AGONIA

            Wierciłam się i odwracałam w moim niespokojnym śnie, boleśnie świadoma  przeszywającej agonii, która pochodziła z kilkudziesięciu miejsc w moim ciele. Czułam jakby moja klatka piersiowa była rozbita na odłamki kości i chrząstek, nogi i ręce bolały jakby ktoś próbował wyrwać je z mojego tułowia, a głowa pulsowała z tak intensywną migreną, że nie odważyłam się otworzyć oczu.
          Przed moimi zamkniętymi powiekami były dwie postaci. Jedną z nich był wysoki i mocny w budowie mężczyzna. Było coś znajomego w jego obecności, ale jego rysy twarzy były zamazane i niejasne w moim urojeniu. Druga postać była kobietą z ciemną, brązową skórą i długimi czarnymi włosami. Była bardzo piękna, a jej twarz przypominała mi kogoś...
          Gdzieś w połowie drogi między stanem przebudzenia a snem byłam uwięziona w tej szarej strefie gdzie świadomość uznaje twój fizyczny byt, ale umysł jest wciąż ograniczony w podświadomych snach lub koszmarach.
          Nagle ciemna, złowieszcza postać skoczyła na mnie, zmieniając sen w koszmar. Sylwetką przypominało człowieka, ale nie miało konkretnej budowy, cech ani formy. Jak ciemna chmura albo kurtyna mroku jej obecność emanowała złą intencją.
          W śnie to coś wzrosło i uniosło się nad mężczyzną i kobietą. W zwolnionym tempie istota zstąpiła na parę niczym mgła, zaczynając ich otaczać.
          Czerwony płyn spłynął jak rzeka.
          Krew
          Moje serce poczuło nagły, ciężki i głęboki smutek, który ledwo mogłam pojąć. Zdałam sobie sprawę, że ta dwójka, która mogła kiedyś żyć, oddychać, być...zniknęła. Brak ich energicznej obecności pozostawił otwartą dziurę w moim sercu, a wszystko co pozostało było ponurym całunem naciskającym na moją duszę z śmiertelnym ciężarem. Ogarnęła mnie rozpacz.
          Czułam się powalona na kolana, pokonana. Łzy spływały po mojej twarzy.  Mój płacz jak u rannego zwierzęcia wypełniał powietrze w środku pustki.
 - Oni nadchodzą - do mojego ucha dotarł szept, nieziemski głos pozbawiony ludzkiego tonu, budząc mnie z mojego smutku. Słowa powtórzyły się znowu i znowu, stając się bardziej i bardziej odległe, prawie jakby należały do ducha.
          Strach sączył się przez moje ciało podczas gdy echo zniknęło. Zostałam sama w ponurej ciemności.
          Trzęsłam się w łóżku, zlana potem.  Świadomie wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując ustalić swoje położenie,  dostrzec rzeczywistość.
 - Oni ponownie nadejdą – powtórzył głos
          Dyszałam, a moje serce waliło dziko. Głos nie brzmiał tak daleko ani onirycznie* tym razem. Byłam pewna, że już nie śnię.  To brzmiało jakby ktoś szeptał słowa prosto do mojego ucha. Malutkie włosy  stanęły na moim karku, kiedy ogarnęło mnie przerażenie.
- Kto tam jest? - zażądałam, gorączkowo rozglądając się po pokoju, oświetlonym jedynie przez blask srebrnej obręczy księżyca.
          Nikt nie odpowiedział.
          Wtedy nadeszły fale agonii. Upadłam z powrotem na poduszki, zwijając się w kłębek. Chwyciłam kolana i wbijając paznokcie w nogi, przyciągnęłam je do piersi, starając się zmniejszyć ból.
          Nastał cichy dźwięk mojego jęczenia z powodu tego co wydawało się wiecznością.  Koszmary, głosy i strach, który doświadczyłam przed chwilą były nagle mało ważne. Istniał tylko ból.
          Jednak agonia tak szybko jak się pojawiła tak samo wyparowała, a ja leżałam tam głęboko rozmyślając.
          Moje serce zamarło kiedy zdałam sobie sprawę, że błędne koło było kompletne. Ten sam sen, ta sama agonia i ten sam głos. Przez prawie cztery lata każdą noc spędziłam bez spokoju, bez szansy i bez nadziei. To było doświadczenie, które mogłam opisać jedynie jako pozaziemskie i obce.
          Kiedy słońce przysłało swoje pierwsze promienie przez moje okno, zorientowałam się, że moje życie stało się zepsutym gramofonem. Cięgle się powtarzało.
          Znowu
          I znowu...
          I znowu...
          Przez lata próbowałam zracjonalizować  nieustannie powtarzający się cykl. Za każdym razem lekceważyłam fizyczną agonię, myśląc, że jest ona powiązana z rosnącym bólem, i że intensywność snów była prosta ponieważ nie miałam prawdziwie przespanej nocy od trzech lat. Mówiłam sobie na nowo, że to nie może być prawdziwe, że muszę popadać w obłęd albo te epizody były psychotyczne.
                Nawet próbowałam przekonywać samą siebie, że żyję w samodzielnie stworzonej, fałszywej rzeczywistości, którą wytworzyłam tak dokładnie w własnym umyśle, że prawdziwie wierzyłam, że jest realna.Ale na koniec, nie ważne jak bardzo chciałam wierzyć, że wszystkie te incydenty mogą być logicznie wytłumaczone, wiedziałam, że tak nie jest.
          W desperacji spędziłam prawie każdą wolną chwilę mojej świadomości, starając się zrozumieć sens tego wszystkiego.
          Po prostu musiałam wierzyć, że pewnego dnia jakoś, w pewien sposób...to będzie miało sens. O duchy ziemi i nieba, moje serce boleje na ten dzień.  Ale jak te dni, miesiące i lata mijały, tak zapas mojej nadziei ubożał.       
          Czułam jakbym wrosła w skórę jakiejś innej istoty, jakiegoś potwora. Dorastałam nie znając siebie, bojąc się, że dosłownie popadam w zatracenie. Wprawdzie czułam się jak zombie, ani martwa ani żywa. Starałam się przypomnieć ostatni raz kiedy czułam się zdalnie normalna.
          Trzy lata temu w liceum. Wzdrygnęłam się jak świat przyniósł wspomnienia normalności, która kiedyś coś dla mnie znaczyła. Był czas kiedy byłam zwyczajnie młodą, tubylczą dziewczyną z małego Oregon Kalapuya Reservation. Nigdy nie pasowałam. Ale to było częścią normalności, bycie tubylcem w małym miastowym liceum. Jeśli byłeś z rezerwatu, realizacja kształcenia była ryzykiem zawodowym.
          To po prostu ekscytujące.
          Ale teraz czułam się uwieziona w egzystencji, która była większa niż moja własna. Nie poruszając się, ani do przodu, ani do tyłu, zwyczajnie zawieszona w czasie. Jakby czas sam o mnie zapomniał.         
          Skupienie się na czymkolwiek stało się trudne, kiedy lęk nadal mnie pochłaniał. Chęć zmian nieustannie zwisała nade mną. Czułam każdy napięty mięsień w moim ciele, czekający aż coś się stanie, coś zmieni.
          Za dnia walczyłam z niepokojem, a w nocy z bólem. I przez cały czas echo głosu wiało w tą i z powrotem w mojej głowie.
          Oni nadchodzą...
          Kiedy powoli zaakceptowałam rzeczywistość mojej sytuacji, byłam zdolna rozpoznać więcej szczegółów. Głos, który słyszałam  nie był pozbawiony tonu jak na początku myślałam. Był melodyjny, kobiecy i z akcentem. Jej donośność była nieziemska i słodko-gorzka.
 - Oni nadchodzą. - szepnęła w mojej głowie.
          Podskoczyłam kiedy drzwi do mojej sypialni otworzyły się budząc mnie z rozważań.
 - Spałaś Kota? - uśmiechnięta twarz wychyliła się przez drzwi.
          Chociaż mój brat Notak był starszy o dziewięć miesięcy, to wyglądał na starszego o trzy lata. Nie pamiętałam jego przejścia do dorosłości. To musiało wydarzyć się w ciągu nocy. Jednego dnia był chudym, małym tubylczym chłopcem, a potem BUM, stał się tą dużą masą mięśni falujących pod brązowo-złotą skórą. Wciąż miał ten zaraźliwy uśmiech, który mógł rozświetlić najbardziej zachmurzony dzień.
          Mimo mojego lęku, drażliwości i wzrostu niezadowolenia, Notak pozostawał czujny, mając oko na mój kruchy stan.
 - Chciałabym być taką szczęściarą. - głupkowato się uśmiechnęłam – Dlaczego zeszła noc miałaby być inna?
 - Pewnego dnia to się skończy. - starał się mnie uspokoić – Pospiesz się i ubierz. Mam coś dla ciebie.
          Zniknął w korytarzu tak szybko jak się pojawił.
          Wtedy mnie olśniło. Szybko rzuciłam okiem na kalendarz wiszący na ścianie obok łóżka by potwierdzić niepewną myśl. Był wtorek, drugi dzień lutego. To były moje dwudzieste pierwsze urodziny.
          Płaczliwy jęk uciekł przez moje struny głosowe, a ja z powrotem upadłam na poduszki, pokonana. Nie byłam pewna czego nienawidziłam bardziej... Strasznych koszmarów czy urodzin, które tylko przypominały mi, że zbliża się kolejny rok tego samego zamrożonego istnienia, które nazywałam swoim życiem.
          Niechętnie wyciągnęłam się z łóżka i wbiłam się w moje ciemnozielone spodnie khaki z większym wysiłkiem niż normalnie.
 - Lakota! - doszedł do mnie zniecierpliwiony głos Notak'a, starający się mnie pospieszyć. Wiedział aż za dobrze jak nienawidzę swoich urodzin.
          Powoli, przeciągnęłam przez głowę moją brązową koszulkę z długim rękawem, wskoczyłam w buty, przytwierdziłam pasek i udałam się w dół korytarzem. Szybko chwyciłam mój szeroki, okrągły kapelusz ze stołu w przedpokoju zanim przekroczyłam próg kuchni.
          Notak stał tam, czekając z małym pudełeczkiem wyrzeźbionym z drewna w rękach.
 - Wszystkiego najlepszego, siostro! - jego głos zadzwonił jak dzwoneczki na wietrze, kiedy popchnął pudełeczko w moim kierunku – Otwórz.
          Niechętnie wzięłam wyrzeźbione, drewniane pudełeczko i odwróciłam w dłoniach, sprawdzając jak piękna była ta mała rzecz. Był to rodzaj kunsztu, z którego nasi przodkowie byliby dumni. Zaczęłam się zastanawiać jak wiele uwagi i czasu musiał w to włożyć.
 - To jest piękne, Notak. - szepnęłam – Chciałabym żebyś nie marnował tyle czasu na mnie. - poprosiłam
 - Możesz wciąż prosić, bo ostatnio kiedy sprawdzałem to sam decydowałem o tym co robię ze swoim czasem. - powiedział z inteligentnym uśmiechem.
Tylko pokiwałam moją głową w dezaprobacie.
 - Jesteś moją siostrą i moim najlepszym przyjacielem, wiesz to. - powiedział bardziej poważnie – Nie jesteś obciążeniem dla mnie lub dla ojca. - kontynuował, czytając moje wszystkie zbyt przewidywalne i melodramatyczne myśli.
 - Myślę, że jestem przeklęta, Notak. - powiedziałam ze smutkiem w głosie – Modlę się by moja klątwa nie zaszkodziła tobie, ani ojcu w najmniejszym stopniu. Nie mogę temu zaradzić, ale czuję, że będę twoją zgubą.
Odwróciłam pudełeczko jeszcze raz, wciąż niezdecydowana czy je otworzyć.
 - Nie możesz karać siebie za to co się nie stało. Co będzie to będzie. Nasz los będzie taki jak chce tego przeznaczenie. Nie możesz prosić mnie bym udawał, że nie jesteś dla mnie ważna. - powiedział ze zdecydowanym namysłem – Teraz, błagam cię przestań pławić się w swojej udręce i przynajmniej spróbuj cieszyć się urodzinami. Zamknij się i otwórz to. - zażądał z niecierpliwością i podnieceniem.
          Westchnęłam i podniosłam pokrywkę od skrzynki. Łatwo otworzyłam mosiężne zawiasy. W środku była najbardziej wykwintna, koralikowa bransoletka jaką kiedykolwiek widziałam.
          Notak przytrzymał małe pudełeczko kiedy ją podniosłam. Miała trzy skomplikowane rzędy małych, białych perełek z malutkimi brązowymi rzeźbionymi kawałkami w kształcie listków, które utrzymywały wszystko razem. Na środku był duży, gładki, kamienny koralik w wielu odcieniach bieli, przypominający milky-way'a.
 - Mój Boże, Notak! - wykrzyknęłam – Zrobienie tego musiało zająć miesiące.
Znałam prace jakie wchodzą w rzeźbienie, gładzenie i polerowanie pojedynczych koralików z kamieni. To wymaga umiejętności, cierpliwości i czasu. Nie wątpiłam, że Notak włożył niezbędny wysiłek w bransoletę.
 - Będzie cie chronić. - powiedział, pomagając mi z zapięciem. - Zrobiłem koraliki z świętych kamieni z rzeki Willamette. Starsi poświęcili je by przyniosły ci spokój i ochronę.
          Sprawdziłam bransoletę, obracając mój nadgarstek by podziwiać jej doskonałość. Biel i malutkie, metalowe kawałki świeciły w blasku na stonowanej, brązowej skórze.
 - Dziękuję. - powiedziałam, ściskając go w niedźwiedzim uścisku. Miałam nadzieję, że zrozumiał jak wiele to dla mnie znaczyło. - Czasami czuję, że jesteś jedyną rzeczą, która stoi między mną a szaleństwem. Może i krew nas nie wiąże, ale nie jesteś przez to dla mnie bratem w mniejszym stopniu.
Nawet jeśli byliśmy jedynie rodzeństwem przez adopcję, to on wciąż był dla mnie bratem w każdym tego słowa znaczeniu. Był moim najlepszym przyjacielem i stałym towarzyszem.
 - Zawsze będę tutaj dla ciebie, Kota. Wiesz o tym. - powiedział – Moją jedyną modlitwą do duchów jest to byś pewnego dnia odnalazła spokój.
          Kiedy jego słowa opadły długa cisza przepełniła powietrze.
 - Dziękuję, bracie. - powiedziałam, idąc w kierunku frontowych drzwi. - Muszę iść do pracy.
 - Bądź tam ostrożna. - usłyszałam jego wołanie
          Zatrzymałam się zanim wyszłam i odwróciłam w jego stronę.
 - Jeszcze raz za wszystko dziękuję, Notak. - powiedziałam. Tylko pokiwał z uśmiechem, jakby jego wsparcie nie było czymś wielkim.
          To było dziwne jak niektóre rzeczy były opracowane dla mnie i Notak'a. Nigdy nawet za milion lat nie spodziewałabym się, że staniemy się tak dobrymi przyjaciółmi.
          Kiedy siedemnaście lat wcześniej moi rodzice zostali zamordowani, przywódca plemienia, Wakiza adoptował mnie, spełniając życzenie mojego umierającego ojca. Żona Wakizy zmarła, dając życie jego synowi, Notak'owi. Więc domyślnie Notak stał się moim bratem.
          To dziwne jak sytuacje czasami znajdują sposób by to wypracować. Czasami czuję, że nasze losy były sobie przeznaczone.
          Kilka chwil później, byłam na zewnątrz. Wskoczyłam do białego Forda Explorera, zamknęłam ciężkie drzwi i zapaliłam silnik. Chociaż mieliśmy kilka pojazdów w rezerwacie, to tylko niektóre z nich jeździły. Mój był najbardziej niezawodny. Korzyści z pracy dla Willamette National Forest Service***.
          Wjechałam na małą, polną trasę, która prowadziła do głównej drogi. Drzewa tutaj rosły grube i wysokie, więc słońce rzadko dosięgało ziemi. Ich złowieszcze gałęzie wspinały się do nieba, sięgając wysoko w górę i w każdym kierunku, jak tylko oko mogło sięgnąć. Jak skręciłam na moja główną drogę moje myśli kontynuowały wędrowanie.
          Od kiedy zostałam wzięta do pracy w wieku osiemnastu lat, nie pamiętam bym opuściła jakikolwiek dzień pracy. Ośmio do dziesięcio - godzinne  zmiany, pięć  dni w tygodniu czyniły cuda dla mojego zdrowia psychicznego. Dawało mi to coś na czym mogłam się skupić, oprócz stale gryzącego bólu w moich jelitach. To zmniejszało trochę wstręt do samej siebie.
          Przyjechałam do biura Willamette District na obrzeżach małej miejscowości Oakridge.
          Pchnęłam ciężkie drzwi i szybko przeszłam przez główny hol. Skręciłam  pierwszą w prawo do prywatnego biura.
 - Dzień dobry panie Benson.
 - Dzień dobry Lakota. - z rogu pokoju dobiegł do mnie szorstki, starszy głos.
Pan Benson był wysoki i mocno zbudowany. Uśmiechnęłam się w środku na myśl,  że Kyle Benson wyglądał jak niedźwiedź. Z jego ciemnobrązową brodą, wąsami i  długimi włosami ucieleśniał klasyczną idee wiekowego, górskiego człowieka.
 - Co masz dla mnie dzisiaj? - spytałam, ruszając w jego kierunku.
 - Właściwie mam nietypowe zlecenie. Dzisiaj pracujemy razem. - powiedział. Jego głos był wypełniony charakterystycznym tonem niepokoju i wątpliwości.
 - Ok? Więc nie ma stosu papierkowej roboty dla ciebie na dzisiaj? - powiedziałam z wahaniem
          Jedyne momenty gdy przeszukiwaliśmy** razem były wtedy kiedy była potencjalnie niebezpieczna sytuacja. To mnie martwiło.
 - Wyrzuć to z siebie. Co się stało? - naparłam. Opadłam na krzesło i położyłam swoje stopy na ponad gabarytowym biurku.
 - Myślę, że może się coś dziać na północnym zachodzie tuż na obrzeżach jeziora Blair. - zaczął z oczywistym wahaniem w głosie – Wczoraj turysta zgłosił śmierć górskiego lwa z dziwnymi ranami dookoła karku. Powiedział, że w ciągu dwudziestu lat biwakowania w dziczy to było niepodobne do wszystkiego co wcześniej widział. - przejęcie było czysto wypisane na jego twarzy – Rzecz w tym... - kontynuował, ponownie wahając się – To już trzeci raport w tym miesiącu. - Jego oczy błądziły gdzieś za oknem.
 - Nie rozumiem. Dostajemy dziesiątki tych reportów każdego roku. To znaczy, wszystko od okaleczonych wiewiórek po Wielką Stopę. - to nie miało sensu – Czym różnią się te raporty?
          Westchnął, opadając na głęboko obszyty fotel. Na kilka chwil zapadła cisza.
 - Wszystkie trzy raporty oświadczają, że zwierzęta zostały wysuszone z krwi. W każdym raporcie są skręcone karki ze śladami ugryzień. Żadnych innych ran. Zwłoki zostały tam zwyczajnie zostawione, nietknięte.
          Opuściłam stopy i pochyliłam się na krześle, wracając na chwilę myślami. To nie było tylko dziwne, ale zdecydowanie nienaturalne.
 - Więc to nie myśliwi, ani kłusownicy czy tubylcy. - wywnioskowałam. Kyle twierdząco pokiwał głową. - Widziałeś któreś z tych zwłok? - spytałam
 - Poszedłem daleko do jeziora Blair, ale lasy poza są gęste i dziwne dla mnie. - powiedział, a jego oczy zaszkliły się ze strachu jakiego wcześniej u niego nie widziałam. - Po prostu nie wiem czy powinienem cie angażować w to wszystko. Bóg wie co do diabła tam chodzi. Jeśli ci ludzie mówią prawdę... - Strach wkradł się z powrotem w jego oczy.
 - Daj spokój Kyle. To ja. - skierowałam się do niego bardziej jak do przyjaciela niż   szefa. - To mój dom. Twoja dzicz jest dla mnie jak podwórko. - powiedziałam z uśmiechem.
- Wiem, nie znalazłbym nikogo innego kto zna te lasy tak dobrze jak ty. Po prostu... - zawahał się – Nie wiem, może popadam w obłęd. - oparł się i zadumany przerwał na moment – to przypomina mi sakralne zachowanie, może wampiryzm albo jakiś i inny dziwny, podziemny kult, który zbiera krew. - ucichł w
zamyśleniu
 - Oglądasz za dużo dramatycznych występów. Poważnie? Wampiryzm? - przekomarzałam się, ale miałam cichą nadzieję, że nie mówi poważnie – Jestem pewna, że jest na to doskonałe wyjaśnienie. To nic wielkiego. Poszperamy dookoła i dowiemy się o co chodzi. Zadzwonimy do właściwej jednostki sądowniczej. Naprawdę wątpię by szwendał się tutaj jakiś kult albo fanklub wampirów pijący zwierzęcą krew. - beztrosko zażartowałam
 - Miałem nadzieję, że nigdy nie będę musiał ci tego mówić. - powiedział nierozbawiony moim żartobliwym przypuszczeniem
 - Mówić czego? - miałam bardzo złe przeczucie
 - Kiedy zaatakowano twoich ludzi, kiedy twoi rodzice zostali zamordowani... - zaczął ostrożnie – Wierzyliśmy, że był to wspólny, zaplanowany akt podziemnego kultu.
          Słowa oparzyły mnie, a serce zatonęło jak wywrócona łódź.
          Przełknęłam ślinę.
 - Nie żartujesz, prawda? O jakich „my” mówisz?  - Kyle przykuł moją uwagę.
 - Agenci FBI, którzy nadzorowali sprawę, miejscowi inspektorzy ochrony i ja. Nigdy nie znaleźli nawet jednego przedstawiciela tego kultu by potwierdzić swoje przypuszczenia, ale ja nie zapomniałem. - wyjaśnił
 - Myślisz, że to jest z tym powiązane? - usłyszałam strach we własnym głosie, co było dziwnie obce nawet dla mnie.
 - Nie wiem, ale mam złe przeczucie. Może to nowe pokolenie tego kultu. Może to jakiegoś rodzaju inicjacja. Albo gorzej, może pierwotny kult wrócił.  - westchnął, najwyraźniej przytłoczony – To wydaje się bardzo nienaturalne i zbyt przypadkowe. - powoli podniósł głowę – To już długi czas. Prawie siedemnaście lat. Zasadniczo nie wiem co myśleć. - powiedział wstając i podchodząc do mnie – Nie chcę cie w to wciągać bez poinformowania w co się pakujesz.
          Górował nade mną prawie trzydzieści centymetrów. Pomimo jego straszliwego rozmiaru, jego postawa była łagodna i czuła. Wiedziałam, że nie skrzywdziłby muchy.
 - Niebezpieczeństwo, przygoda, niepewność i może nawet uzyskam przewagę nad mordercami moich rodziców. To lepsze od tego przyziemnego życia, w którym obecnie żyję. - zadeklamowałam – Chodźmy. - dodałam udając podniecenie, próbując w ten sposób załagodzić niepokojące napięcie w powietrzu.

                                                           * * *
          Kyle jechał przez godzinę zanim dotarliśmy do jeziora Blair. Żadne z nas nie powiedziało słowa. Ciężka cisza zawisła w powietrzu. Oboje byliśmy głęboko pochłonięci przez nasze zawiłe przemyślenia i wspomnienia.
          Normalnie niekomfortowa cisza by nam nie przeszkadzała. Ale teraz było inaczej. To uderzyło w nasz czuły nerw i oboje po prostu nie mogliśmy tego zignorować.
          Wyobrażałam sobie jak dziwna musi być dla niego praca strażnika z daleka od mojego ojca przez tyle lat, a teraz doznanie straty poprzez jego córkę idącą obok. Ta myśl sprawiła, że chłód przeszedł mi po plecach.
          Kiedy przybyliśmy, Kyle wyprowadził mnie około trzy mile zanim musiałam przejąć prowadzenie gęstym lesie. Wykorzystałam wszystkie moje umiejętności śledzenia i wyszukiwania, moją drugą naturę odkąd byłam dzieckiem.
          Trochę więcej niż trzydzieści minut później znaleźliśmy poranioną bestię. To była samica lwa górskiego.
 - Hm. - wydusiłam po wstępnej inspekcji
 - Co to jest? - zapytał ostrożnym tonem
 - Zauważyłeś  w tym widoku coś dziwnego? - napomknęłam, delikatnie przesuwając dłońmi po gładkiej, nietkniętej sierści pięknej istoty.
          Kyle chodził dookoła mnie po ogromnym kole, starając się rozgryźć o czym mówię.
 - Cokolwiek o martwym zwierzęciu leżącym tutaj od wchodu do zachodu słońca? - podsunęłam
          Zatrzymał się na chwilę i zerknął na ziemię, jakby chciał odtworzyć coś w swojej pamięci. Nagle spojrzał na mnie olśniony.
 - Dlaczego nie zostało jeszcze zjedzone? Powinno być padliną. - powiedział nagle rozumiejąc
 - Ona powinna być padliną, tak. - poprawiłam go
 - To co z nią jest nie tak? - zapytał
          Odwróciłam się do niej, zamartwiając się nad tym samym pytaniem. Miałam własne spostrzeżenia. Wstałam i rozejrzałam się obracając o trzysta sześćdziesiąt stopni.
 - Słyszysz? - spytałam, wytężając słuch.
 - Co? Nic nie słyszę.  - powiedział, ponownie nie rozumiejąc co sugeruję.
 -  Dokładnie! Panuje tutaj śmiertelna cisza. Brak przewidywania jest tak samo ważny jak nieoczekiwane odkrycie.  - odwróciłam się w stronę lwa – Najpierw skręcono jej kark, potem została wysuszona z krwi. - wspomniałam, sprawdzając stworzenie z bliska.
 - Skąd możesz to wiedzieć?
 - Spójrz na ziemię. Nie ma śladów walki. Spójrz dookoła jej ciała. Nie ma złamanych gałązek, zniszczonego mchu, ani nawet nawału liści. - wyjaśniłam – Najprawdopodobniej nawet nie wiedziała, że coś nadchodzi.
          Kyle spojrzał na swoje stopy spoczywające obok lwa. W jego oczach pojawiło się oszołomienie.
 - Jak ty to robisz? - spytał
 - Moje podwórko, pamiętasz? - powiedziałam lekko – Widzisz te małe wybrzuszenia z tyłu jej karku? - wskazałam. Pochylił się by mieć lepszy widok. - To zwichnięte kręgi gdzie kark został skręcony. Zobacz jak czyste są tutaj rany kłute. Zero rozdartej tkanki, siniaków albo zabłąkanej kropli krwi. Skoro nie ma śladów walki, mogę zasugerować, że najpierw została zabita, a potem z wielką precyzją i dbałością wysuszona z krwi. - powoli okrążyłam bestię, rozmyślając. Kyle milczał, czekając aż mentalnie odtworzę wszystko na co patrzę. - Zrobił to jakiś bardzo utalentowany łowca. To zbyt precyzyjne na zwierzę. Zbyt obmyślone i zaplanowane. - myślałam na głos – Ale również nie mogę sobie wyobrazić człowieka zdolnego do tego by ją dorwać. Więc skoro to nie było zwierze, ani człowiek...
 - Nie rozumiem. - powiedział
 - Ani ja. Przynajmniej jeszcze. - powiedziałam odkładając plecak i wyciągając mój zestaw do dowodów z przedniej kieszeni.
 - Co robisz? - zapytał
 - Myślę, że rany są wypełnione pewnego rodzaju płynem. - wyjaśniłam, zakładając parę rękawiczek. Sięgnęłam po waciki i sterylny pojemnik na próbkę. Delikatnie dotknęłam wacikiem rany. Pękła sącząc czysty, lepki płyn. Ostrożnie włożyłam wacik do sterylnego pojemnika, który z powrotem wsunęłam do torby.
 - Marcus zerknie na próbkę, zobaczę może on będzie mógł to wyjaśnić.
 - Marcus? Marcus ze sklepu z książkami? - zapytał jakby niedosłyszał moich słów
 - Tak, ma rękę do chemii. Przez lata był współczesnym szamanem w rezerwacie. - powiedziałam
 - Hm. Cóż, będę potępiony. Tylko kiedy myślisz, że wiesz wszystko o tym mieście... - urwał rozbawiony – Więc co to wszystko jest? - spytał – Co o tym sądzisz?
          Wstałam i przechyliłam moją głowę na jedną stronę, jeszcze raz wizualnie patrząc na bestię.
 - Nie wiem tak naprawdę. Wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Albo ten przykład rany ma coś bardzo nieprzyjemnego w sobie i nasi leśni mieszkańcy potrafią to wyczuć albo cokolwiek zabiło tą bestie nadal gdzieś tam jest. Sądząc po ciszy panującej w powietrzu prawdopodobnie niedaleko stąd.  - dodałam – Coś albo ktoś jest bardzo dobrym i niebezpiecznym łowcą i gdzieś tam jest.
 - Ktoś? - spytał oszołomiony – Myślałem, że powiedziałaś, że to niemożliwe.
          Nagle wyczułam coś za mną. Zamarłam i głęboko wciągnęłam powietrze. Stanęły mi włosy na karku. Spojrzałam na Kyle'a by zobaczyć czy też to wyczuł.
          Wyglądał na zupełnie nieporuszonego, wciąż zadzierając głowę i mrużąc oczy desperacko próbując zrozumieć los górskiego lwa.
          Ostrożnie i powoli obróciłam się na pięcie. Coś lub ktoś tam był.
          Nie miałam pojęcia skąd to wiem. Po prostu wiedziałam.
 - Zostań tutaj. - szepnęłam i w tym samym momencie pobiegłam sprintem w kierunku nieznajomego. Biegłam szybciej niż myślałam, że to możliwe, zdolna zobaczyć więcej niż pięć metrów w dal.
          Biegłam i biegłam z przypływem adrenaliny, która szybko przemierzała moje żyły. Nagle coś na zachodzie przykuło moją uwagę. To był przebłysk, pewnego rodzaju odbicie. To mogło pochodzić od słońca odbijającego się od  lustra lub metalu.
          Przeszyło mnie straszliwe uczucie, a chłód powędrował w dół po moim kręgosłupie.
          Coś było nie tak.
          Szybko się odwróciłam, próbując zidentyfikować źródło błysku. Tam, jakieś pięćdziesiąt jardów dalej, między drzewami była kobieta.
          Jej twarz była osłonięta przez kaptur, ale kilka kosmków złotych włosów uciekło, błyszcząc w miejscach, w których uderzały je promienie słońca. Nosiła wspaniałą, bladoniebieską suknię, sięgającą ziemi. Na wierzchu miała kruczoczarny płaszcz, który zakrywał resztę jej ciała.
          Było coś bardzo królewskiego w jej prezencji. Przypominała mi królową lub księżniczkę z minionej epoki. 
 - Strażnik lasu Willamette. - przedstawiłam się służbowym tonem – Co tutaj robisz? Zgubiłaś się?
          Cisza. Zaczęłam powoli iść w kierunku postaci, by jej nie przestraszyć.
 - Witaj. - jej powitanie było dziwnie eteryczne, niczym szept anielskiego głosu – Lakota Avital od ludzi Kalapuya. - powiedziała jakby zwyczajnie potwierdzała moją tożsamość.
          Zamarłam na drodze i jeszcze raz głęboko wciągnęłam powietrze, jakbym próbowała coś w nim wywęszyć. Nie wyczułam niczego niezwykłego tylko  wilgotne liście.
          Postać przekręciła głowę na jedną stronę, uważnie mnie obserwując. To był dziwnie prymitywny ruch.
 - Skąd wiesz kim jestem? Kim ty jesteś? - zażądałam. Celowo ruszyłam do przodu.
          Nie odpowiedziała na moje pytanie.
          Oni nadchodzą – szepnęła, ale jej głos powędrował niemożliwie dalej przez las niż powinien.
          Jeszcze raz zamarłam, kiedy słowa dotarły do moich uszu. Te same słowa co w moim śnie. To był ten sam głos.
          Ponownie się powtórzyły, tym razem głośniej.
          Oni nadchodzą...
          Zorientowałam się, że uporczywie kręciłam głową przeciwko głosowi, który rozbrzmiał w mojej głowie.
 - Nie! Nie! - krzyknęłam – Wynoś się z mojej głowy. - wrzasnęłam zaciskając powieki.
          Wtedy głosy ustały i  nie było nic poza ciszą. Otworzyłam oczy gorączkowo szukając kobiety.
          Już jej nie było.
          Oni nadchodzą
Znowu usłyszałam jej głos gdzieś za mną, ale kiedy się odwróciłam by ją zobaczyć, nie zastałam nikogo. Desperacko badałam las, szukając dziwnej kobiety.
          Puszcza była pusta, a  straszliwe uczucie nagle mnie opuściło. To było tak jakby kobieta zwyczajnie zniknęła, a może ona nigdy nie istniała. Może  wyobraziłam sobie cała tą sytuację.
          Nie byłam pewna.
          Powędrowałam z powrotem do miejsca, w którym zostawiłam Kyle'a, orientując się jak wielki dystans pokonałam. Powrót zajął mi strasznie dużo czasu.
 - Lakota! – z między drzew doszedł do mnie znajomy głos. Duże dłonie mocno złapały mnie za ramiona, zaskakując. - Lakota! Nie waż się więcej tego robić. Wszystko w porządku? Co do diabła robiłaś? - Kyle zażądał odpowiedzi
 - Jak długo mnie nie było? - spytałam
 - Uh, myślę, że jakieś dwadzieścia albo pięćdziesiąt minut. - wydukał zbierając myśli – Dlaczego? - zapytał spokojniejszym głosem.
 - Nic z tego nie ma sensu. - wymamrotałam. Starałam się wyobrazić te cyfry w mojej głowie, ale one nie pasowały. Przebiegłam mniej niż milę w las i wróciłam. Dwadzieścia do pięćdziesięciu minut powinno starczyć na jedną długą wyprawę po trudnym terenie.
          Starałam się być opanowana. Co do diabła się ze mną działo?
          Wszystko wydawało się okropnie nie na miejscu. To zdarzyło się tak nagle. Bez słowa zaczęłam wracać do ciężarówki z Kylem po mojej prawej.
 - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. Co tam się wydarzyło? - zapytał
 - Nic mi nie jest. - wymamrotałam przez zęby.
          Mój umysł jeszcze raz starał się zaprzeczyć temu co słyszałam i co widziałam. Próbował uzasadnić lub wyjaśnić to w pewien logiczny sposób.
          Ale to po prostu nie pasowało. Nie mogłam ponownie skalibrować odległości jaką przeszłam i nie ważne jak bardzo próbowałam zaprzeczać, że nie widziałam tych rzeczy, wiedziałam, że tak naprawdę widziałam, słyszałam i czułam jej obecność.
          Zaczęliśmy jechać z powrotem. Kyle ponownie próbował mnie rozgryźć.
 - Proszę, powiedz mi co tam się stało, Lakota. Wiedziałem, że nie powinienem cię w to angażować.
 - W porządku. To nic takiego. Po prostu myślałam, że coś zobaczyłam. - przekazałam tyle ile mogłam wybełkotać.
          W końcu odpuścił.
 - Myślę, że powinniśmy coś zrobić z tym górskim lwem. - powiedziałam
 - Tak. Może w tym przypadku to nie jest dobry pomysł by pozwolić to zrobić naturze. Za dużo uwagi. Zadzwonię po usługi do spraw zwierząt. Zajmę się tym. - powiedział
 - Nie zawracaj sobie głowy. - powiedziałam, wyciągając telefon by napisać wiadomość. - Dałam znać Kotanowi i Yuri'emu. Zniknie przed wschodem słońca. - stwierdziłam
 - Ok, dzięki. Ufasz im, tak? Bez obrazy do wojowników, ale nie znam Kotan'a ani Yuri'ego za dobrze.  A co z twoim nowym dodatkiem do klanu wampirów, Jesse, tak? Oni nikomu nie powiedzą, prawda? Musimy utrzymać całą tą sprawę w sekrecie dopóki nie dowiemy się co tam się dzieje.
 - Powierzyłabym wojownikom własne życie. To najlepszy sposób by uniknąć niepotrzebnej uwagi. Nie chcemy by miasto wpadło w panikę. - przyznałam
          Do końca drogi siedzieliśmy w ciszy, a reszta dnia upłynęła w spokoju. Wydawało się, że wszystko zlało się w jedną, wielką plamę. Kyle nadal się martwił, wciąż mnie obserwując, ale nie powiedział już na ten temat ani jednego słowa.
          Około wpół do piątej polecił bym wróciła do domu i odpoczęła. Jednakże przypomniał, że będzie chciał porozmawiać o tym co się stało.
          Zgodziłam się. Mój umysł nadal był odurzony.
          Zanim zdążyłam się zorientować, minęłam znak „Rezerwat Kalapuya”, wjeżdżając w błotnistą drogę prowadzącą do naszego małego, białego domu oprawionego w ciemną czerwień. Wyłączyłam silnik i wyskoczyłam z samochodu. Przez moment pochylona nad drogą, zebrałam się w sobie, patrząc jak słońce rzuca na niebo piękne, bursztynowe cienie.
          Kiedy tak stałam coś na zachód od naszego domu przykuło moją uwagę. Zmrużyłam oczy, aby spróbować dostrzec co to takiego wyglądało jak postać.
          Ostrożnie podeszłam bliżej. Jak się zbliżałam znajome, straszliwe uczucie przepłynęło przeze mnie falami, przyprawiając o mdłości. Mogłam zobaczyć zarys postaci na ciemnej scenerii lasu. Widziałam znajomy, czarny płaszcz i kobiecą sylwetkę ukrytą w cieniu zachodzącego słońca. Poczułam jej intensywną i onieśmielającą obecność.
          To była ona. Ta dziwna kobieta.
          Strach wdarł się do moich wnętrzności.
          Ciężko przełknęłam.
          Moje kości bolały w znanej dla mnie agonii.


* związany ze snem, odnoszący się do niego; powstały na kształt marzenia sennego
** chodzi o angielskie słowo scouted co znaczy dokonać poszukiwania kogoś lub czegoś w różnych miejscach.
*** Narodowe Biuro Lasów Willamette

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz