Wierciłam się i odwracałam w moim niespokojnym
śnie, boleśnie świadoma przeszywającej
agonii, która pochodziła z kilkudziesięciu miejsc w moim ciele. Czułam jakby
moja klatka piersiowa była rozbita na odłamki kości i chrząstek, nogi i ręce bolały
jakby ktoś próbował wyrwać je z mojego tułowia, a głowa pulsowała z tak
intensywną migreną, że nie odważyłam się otworzyć oczu.
Przed
moimi zamkniętymi powiekami były dwie postaci. Jedną z nich był wysoki i mocny
w budowie mężczyzna. Było coś znajomego w jego obecności, ale jego rysy twarzy
były zamazane i niejasne w moim urojeniu. Druga postać była kobietą z ciemną,
brązową skórą i długimi czarnymi włosami. Była bardzo piękna, a jej twarz
przypominała mi kogoś...
Gdzieś
w połowie drogi między stanem przebudzenia a snem byłam uwięziona w tej szarej
strefie gdzie świadomość uznaje twój fizyczny byt, ale umysł jest wciąż
ograniczony w podświadomych snach lub koszmarach.
Nagle
ciemna, złowieszcza postać skoczyła na mnie, zmieniając sen w koszmar. Sylwetką
przypominało człowieka, ale nie miało konkretnej budowy, cech ani formy. Jak
ciemna chmura albo kurtyna mroku jej obecność emanowała złą intencją.
W
śnie to coś wzrosło i uniosło się nad mężczyzną i kobietą. W zwolnionym tempie
istota zstąpiła na parę niczym mgła, zaczynając ich otaczać.
Czerwony
płyn spłynął jak rzeka.
Krew
Moje
serce poczuło nagły, ciężki i głęboki smutek, który ledwo mogłam pojąć. Zdałam
sobie sprawę, że ta dwójka, która mogła kiedyś żyć, oddychać, być...zniknęła.
Brak ich energicznej obecności pozostawił otwartą dziurę w moim sercu, a
wszystko co pozostało było ponurym całunem naciskającym na moją duszę z
śmiertelnym ciężarem. Ogarnęła mnie rozpacz.
Czułam
się powalona na kolana, pokonana. Łzy spływały po mojej twarzy. Mój płacz jak u rannego zwierzęcia wypełniał
powietrze w środku pustki.
- Oni
nadchodzą - do mojego ucha dotarł szept, nieziemski głos pozbawiony
ludzkiego tonu, budząc mnie z mojego smutku. Słowa powtórzyły się znowu i
znowu, stając się bardziej i bardziej odległe, prawie jakby należały do ducha.
Strach
sączył się przez moje ciało podczas gdy echo zniknęło. Zostałam sama w ponurej
ciemności.
Trzęsłam
się w łóżku, zlana potem. Świadomie
wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując ustalić swoje położenie, dostrzec rzeczywistość.
- Oni
ponownie nadejdą – powtórzył głos
Dyszałam,
a moje serce waliło dziko. Głos nie brzmiał tak daleko ani onirycznie* tym
razem. Byłam pewna, że już nie śnię. To
brzmiało jakby ktoś szeptał słowa prosto do mojego ucha. Malutkie włosy stanęły na moim karku, kiedy ogarnęło mnie
przerażenie.
- Kto tam jest? - zażądałam, gorączkowo
rozglądając się po pokoju, oświetlonym jedynie przez blask srebrnej obręczy
księżyca.
Nikt
nie odpowiedział.
Wtedy
nadeszły fale agonii. Upadłam z powrotem na poduszki, zwijając się w kłębek.
Chwyciłam kolana i wbijając paznokcie w nogi, przyciągnęłam je do piersi,
starając się zmniejszyć ból.
Nastał
cichy dźwięk mojego jęczenia z powodu tego co wydawało się wiecznością. Koszmary, głosy i strach, który doświadczyłam
przed chwilą były nagle mało ważne. Istniał tylko ból.
Jednak
agonia tak szybko jak się pojawiła tak samo wyparowała, a ja leżałam tam
głęboko rozmyślając.
Moje
serce zamarło kiedy zdałam sobie sprawę, że błędne koło było kompletne. Ten sam
sen, ta sama agonia i ten sam głos. Przez prawie cztery lata każdą noc
spędziłam bez spokoju, bez szansy i bez nadziei. To było doświadczenie, które
mogłam opisać jedynie jako pozaziemskie i obce.
Kiedy
słońce przysłało swoje pierwsze promienie przez moje okno, zorientowałam się,
że moje życie stało się zepsutym gramofonem. Cięgle się powtarzało.
Znowu
I
znowu...
I
znowu...
Przez
lata próbowałam zracjonalizować
nieustannie powtarzający się cykl. Za każdym razem lekceważyłam fizyczną
agonię, myśląc, że jest ona powiązana z rosnącym bólem, i że intensywność snów
była prosta ponieważ nie miałam prawdziwie przespanej nocy od trzech lat.
Mówiłam sobie na nowo, że to nie może być prawdziwe, że muszę popadać w obłęd
albo te epizody były psychotyczne.
Nawet próbowałam przekonywać samą siebie, że
żyję w samodzielnie
stworzonej,
fałszywej rzeczywistości, którą wytworzyłam tak dokładnie w własnym umyśle, że
prawdziwie wierzyłam, że jest realna.Ale na koniec, nie ważne jak bardzo chciałam
wierzyć, że wszystkie te incydenty mogą być logicznie wytłumaczone, wiedziałam,
że tak nie jest.
W
desperacji spędziłam prawie każdą wolną chwilę mojej świadomości, starając się
zrozumieć sens tego wszystkiego.
Po
prostu musiałam wierzyć, że pewnego dnia jakoś, w pewien sposób...to będzie
miało sens. O duchy ziemi i nieba, moje serce boleje na ten dzień. Ale jak te dni, miesiące i lata mijały, tak
zapas mojej nadziei ubożał.
Czułam
jakbym wrosła w skórę jakiejś innej istoty, jakiegoś potwora. Dorastałam nie
znając siebie, bojąc się, że dosłownie popadam w zatracenie. Wprawdzie czułam
się jak zombie, ani martwa ani żywa. Starałam się przypomnieć ostatni raz kiedy
czułam się zdalnie normalna.
Trzy
lata temu w liceum. Wzdrygnęłam się jak świat przyniósł wspomnienia
normalności, która kiedyś coś dla mnie znaczyła. Był czas kiedy byłam
zwyczajnie młodą, tubylczą dziewczyną z małego Oregon Kalapuya Reservation.
Nigdy nie pasowałam. Ale to było częścią normalności, bycie tubylcem w małym
miastowym liceum. Jeśli byłeś z rezerwatu, realizacja kształcenia była ryzykiem
zawodowym.
To
po prostu ekscytujące.
Ale
teraz czułam się uwieziona w egzystencji, która była większa niż moja własna.
Nie poruszając się, ani do przodu, ani do tyłu, zwyczajnie zawieszona w czasie.
Jakby czas sam o mnie zapomniał.
Skupienie
się na czymkolwiek stało się trudne, kiedy lęk nadal mnie pochłaniał. Chęć
zmian nieustannie zwisała nade mną. Czułam każdy napięty mięsień w moim ciele,
czekający aż coś się stanie, coś zmieni.
Za
dnia walczyłam z niepokojem, a w nocy z bólem. I przez cały czas echo głosu
wiało w tą i z powrotem w mojej głowie.
Oni
nadchodzą...
Kiedy
powoli zaakceptowałam rzeczywistość mojej sytuacji, byłam zdolna rozpoznać
więcej szczegółów. Głos, który słyszałam
nie był pozbawiony tonu jak na początku myślałam. Był melodyjny, kobiecy
i z akcentem. Jej donośność była nieziemska i słodko-gorzka.
- Oni
nadchodzą. - szepnęła
w mojej głowie.
Podskoczyłam
kiedy drzwi do mojej sypialni otworzyły się budząc mnie z rozważań.
- Spałaś
Kota? - uśmiechnięta twarz wychyliła się przez drzwi.
Chociaż
mój brat Notak był starszy o dziewięć miesięcy, to wyglądał na starszego o trzy
lata. Nie pamiętałam jego przejścia do dorosłości. To musiało wydarzyć się w
ciągu nocy. Jednego dnia był chudym, małym tubylczym chłopcem, a potem BUM,
stał się tą dużą masą mięśni falujących pod brązowo-złotą skórą. Wciąż miał ten
zaraźliwy uśmiech, który mógł rozświetlić najbardziej zachmurzony dzień.
Mimo
mojego lęku, drażliwości i wzrostu niezadowolenia, Notak pozostawał czujny,
mając oko na mój kruchy stan.
-
Chciałabym być taką szczęściarą. - głupkowato się uśmiechnęłam – Dlaczego
zeszła noc miałaby być inna?
- Pewnego
dnia to się skończy. - starał się mnie uspokoić – Pospiesz się i ubierz. Mam
coś dla ciebie.
Zniknął
w korytarzu tak szybko jak się pojawił.
Wtedy
mnie olśniło. Szybko rzuciłam okiem na kalendarz wiszący na ścianie obok łóżka
by potwierdzić niepewną myśl. Był wtorek, drugi dzień lutego. To były moje
dwudzieste pierwsze urodziny.
Płaczliwy
jęk uciekł przez moje struny głosowe, a ja z powrotem upadłam na poduszki, pokonana.
Nie byłam pewna czego nienawidziłam bardziej... Strasznych koszmarów czy
urodzin, które tylko przypominały mi, że zbliża się kolejny rok tego samego
zamrożonego istnienia, które nazywałam swoim życiem.
Niechętnie
wyciągnęłam się z łóżka i wbiłam się w moje ciemnozielone spodnie khaki z
większym wysiłkiem niż normalnie.
- Lakota!
- doszedł do mnie zniecierpliwiony głos Notak'a, starający się mnie pospieszyć.
Wiedział aż za dobrze jak nienawidzę swoich urodzin.
Powoli,
przeciągnęłam przez głowę moją brązową koszulkę z długim rękawem, wskoczyłam w
buty, przytwierdziłam pasek i udałam się w dół korytarzem. Szybko chwyciłam mój
szeroki, okrągły kapelusz ze stołu w przedpokoju zanim przekroczyłam próg
kuchni.
Notak
stał tam, czekając z małym pudełeczkiem wyrzeźbionym z drewna w rękach.
-
Wszystkiego najlepszego, siostro! - jego głos zadzwonił jak dzwoneczki na
wietrze, kiedy popchnął pudełeczko w moim kierunku – Otwórz.
Niechętnie
wzięłam wyrzeźbione, drewniane pudełeczko i odwróciłam w dłoniach, sprawdzając
jak piękna była ta mała rzecz. Był to rodzaj kunsztu, z którego nasi przodkowie
byliby dumni. Zaczęłam się zastanawiać jak wiele uwagi i czasu musiał w to
włożyć.
- To jest
piękne, Notak. - szepnęłam – Chciałabym żebyś nie marnował tyle czasu na mnie.
- poprosiłam
- Możesz
wciąż prosić, bo ostatnio kiedy sprawdzałem to sam decydowałem o tym co robię
ze swoim czasem. - powiedział z inteligentnym uśmiechem.
Tylko pokiwałam moją głową w dezaprobacie.
- Jesteś
moją siostrą i moim najlepszym przyjacielem, wiesz to. - powiedział bardziej
poważnie – Nie jesteś obciążeniem dla mnie lub dla ojca. - kontynuował,
czytając moje wszystkie zbyt przewidywalne i melodramatyczne myśli.
- Myślę,
że jestem przeklęta, Notak. - powiedziałam ze smutkiem w głosie – Modlę się by
moja klątwa nie zaszkodziła tobie, ani ojcu w najmniejszym stopniu. Nie mogę
temu zaradzić, ale czuję, że będę twoją zgubą.
Odwróciłam pudełeczko jeszcze raz, wciąż
niezdecydowana czy je otworzyć.
- Nie
możesz karać siebie za to co się nie stało. Co będzie to będzie. Nasz los
będzie taki jak chce tego przeznaczenie. Nie możesz prosić mnie bym udawał, że
nie jesteś dla mnie ważna. - powiedział ze zdecydowanym namysłem – Teraz,
błagam cię przestań pławić się w swojej udręce i przynajmniej spróbuj cieszyć
się urodzinami. Zamknij się i otwórz to. - zażądał z niecierpliwością i
podnieceniem.
Westchnęłam
i podniosłam pokrywkę od skrzynki. Łatwo otworzyłam mosiężne zawiasy. W środku
była najbardziej wykwintna, koralikowa bransoletka jaką kiedykolwiek widziałam.
Notak
przytrzymał małe pudełeczko kiedy ją podniosłam. Miała trzy skomplikowane rzędy
małych, białych perełek z malutkimi brązowymi rzeźbionymi kawałkami w kształcie
listków, które utrzymywały wszystko razem. Na środku był duży, gładki, kamienny
koralik w wielu odcieniach bieli, przypominający milky-way'a.
- Mój
Boże, Notak! - wykrzyknęłam – Zrobienie tego musiało zająć miesiące.
Znałam prace jakie wchodzą w rzeźbienie,
gładzenie i polerowanie pojedynczych koralików z kamieni. To wymaga umiejętności,
cierpliwości i czasu. Nie wątpiłam, że Notak włożył niezbędny wysiłek w
bransoletę.
- Będzie
cie chronić. - powiedział, pomagając mi z zapięciem. - Zrobiłem koraliki z
świętych kamieni z rzeki Willamette. Starsi poświęcili je by przyniosły ci
spokój i ochronę.
Sprawdziłam
bransoletę, obracając mój nadgarstek by podziwiać jej doskonałość. Biel i
malutkie, metalowe kawałki świeciły w blasku na stonowanej, brązowej skórze.
-
Dziękuję. - powiedziałam, ściskając go w niedźwiedzim uścisku. Miałam nadzieję,
że zrozumiał jak wiele to dla mnie znaczyło. - Czasami czuję, że jesteś jedyną
rzeczą, która stoi między mną a szaleństwem. Może i krew nas nie wiąże, ale nie
jesteś przez to dla mnie bratem w mniejszym stopniu.
Nawet jeśli byliśmy jedynie rodzeństwem przez
adopcję, to on wciąż był dla mnie bratem w każdym tego słowa znaczeniu. Był
moim najlepszym przyjacielem i stałym towarzyszem.
- Zawsze
będę tutaj dla ciebie, Kota. Wiesz o tym. - powiedział – Moją jedyną modlitwą
do duchów jest to byś pewnego dnia odnalazła spokój.
Kiedy
jego słowa opadły długa cisza przepełniła powietrze.
-
Dziękuję, bracie. - powiedziałam, idąc w kierunku frontowych drzwi. - Muszę iść
do pracy.
- Bądź
tam ostrożna. - usłyszałam jego wołanie
Zatrzymałam
się zanim wyszłam i odwróciłam w jego stronę.
- Jeszcze
raz za wszystko dziękuję, Notak. - powiedziałam. Tylko pokiwał z uśmiechem,
jakby jego wsparcie nie było czymś wielkim.
To
było dziwne jak niektóre rzeczy były opracowane dla mnie i Notak'a. Nigdy nawet
za milion lat nie spodziewałabym się, że staniemy się tak dobrymi przyjaciółmi.
Kiedy
siedemnaście lat wcześniej moi rodzice zostali zamordowani, przywódca
plemienia, Wakiza adoptował mnie, spełniając życzenie mojego umierającego ojca.
Żona Wakizy zmarła, dając życie jego synowi, Notak'owi. Więc domyślnie Notak
stał się moim bratem.
To
dziwne jak sytuacje czasami znajdują sposób by to wypracować. Czasami czuję, że
nasze losy były sobie przeznaczone.
Kilka
chwil później, byłam na zewnątrz. Wskoczyłam do białego Forda Explorera,
zamknęłam ciężkie drzwi i zapaliłam silnik. Chociaż mieliśmy kilka pojazdów w
rezerwacie, to tylko niektóre z nich jeździły. Mój był najbardziej niezawodny.
Korzyści z pracy dla Willamette National Forest Service***.
Wjechałam
na małą, polną trasę, która prowadziła do głównej drogi. Drzewa tutaj rosły
grube i wysokie, więc słońce rzadko dosięgało ziemi. Ich złowieszcze gałęzie
wspinały się do nieba, sięgając wysoko w górę i w każdym kierunku, jak tylko
oko mogło sięgnąć. Jak skręciłam na moja główną drogę moje myśli kontynuowały
wędrowanie.
Od
kiedy zostałam wzięta do pracy w wieku osiemnastu lat, nie pamiętam bym
opuściła jakikolwiek dzień pracy. Ośmio do dziesięcio - godzinne zmiany, pięć
dni w tygodniu czyniły cuda dla mojego zdrowia psychicznego. Dawało mi
to coś na czym mogłam się skupić, oprócz stale gryzącego bólu w moich jelitach.
To zmniejszało trochę wstręt do samej siebie.
Przyjechałam
do biura Willamette District na obrzeżach małej miejscowości Oakridge.
Pchnęłam
ciężkie drzwi i szybko przeszłam przez główny hol. Skręciłam pierwszą w prawo do prywatnego biura.
- Dzień
dobry panie Benson.
- Dzień
dobry Lakota. - z rogu pokoju dobiegł do mnie szorstki, starszy głos.
Pan Benson był wysoki i mocno zbudowany.
Uśmiechnęłam się w środku na myśl, że
Kyle Benson wyglądał jak niedźwiedź. Z jego ciemnobrązową brodą, wąsami i długimi włosami ucieleśniał klasyczną idee
wiekowego, górskiego człowieka.
- Co masz
dla mnie dzisiaj? - spytałam, ruszając w jego kierunku.
-
Właściwie mam nietypowe zlecenie. Dzisiaj pracujemy razem. - powiedział. Jego
głos był wypełniony charakterystycznym tonem niepokoju i wątpliwości.
- Ok?
Więc nie ma stosu papierkowej roboty dla ciebie na dzisiaj? - powiedziałam z
wahaniem
Jedyne
momenty gdy przeszukiwaliśmy** razem były wtedy kiedy była potencjalnie
niebezpieczna sytuacja. To mnie martwiło.
- Wyrzuć
to z siebie. Co się stało? - naparłam. Opadłam na krzesło i położyłam swoje
stopy na ponad gabarytowym biurku.
- Myślę,
że może się coś dziać na północnym zachodzie tuż na obrzeżach jeziora Blair. -
zaczął z oczywistym wahaniem w głosie – Wczoraj turysta zgłosił śmierć
górskiego lwa z dziwnymi ranami dookoła karku. Powiedział, że w ciągu
dwudziestu lat biwakowania w dziczy to było niepodobne do wszystkiego co
wcześniej widział. - przejęcie było czysto wypisane na jego twarzy – Rzecz w
tym... - kontynuował, ponownie wahając się – To już trzeci raport w tym
miesiącu. - Jego oczy błądziły gdzieś za oknem.
- Nie
rozumiem. Dostajemy dziesiątki tych reportów każdego roku. To znaczy, wszystko
od okaleczonych wiewiórek po Wielką Stopę. - to nie miało sensu – Czym różnią
się te raporty?
Westchnął,
opadając na głęboko obszyty fotel. Na kilka chwil zapadła cisza.
-
Wszystkie trzy raporty oświadczają, że zwierzęta zostały wysuszone z krwi. W
każdym raporcie są skręcone karki ze śladami ugryzień. Żadnych innych ran.
Zwłoki zostały tam zwyczajnie zostawione, nietknięte.
Opuściłam
stopy i pochyliłam się na krześle, wracając na chwilę myślami. To nie było
tylko dziwne, ale zdecydowanie nienaturalne.
- Więc to
nie myśliwi, ani kłusownicy czy tubylcy. - wywnioskowałam. Kyle twierdząco
pokiwał głową. - Widziałeś któreś z tych zwłok? - spytałam
-
Poszedłem daleko do jeziora Blair, ale lasy poza są gęste i dziwne dla mnie. -
powiedział, a jego oczy zaszkliły się ze strachu jakiego wcześniej u niego nie
widziałam. - Po prostu nie wiem czy powinienem cie angażować w to wszystko. Bóg
wie co do diabła tam chodzi. Jeśli ci ludzie mówią prawdę... - Strach wkradł
się z powrotem w jego oczy.
- Daj
spokój Kyle. To ja. - skierowałam się do niego bardziej jak do przyjaciela
niż szefa. - To mój dom. Twoja dzicz
jest dla mnie jak podwórko. - powiedziałam z uśmiechem.
- Wiem, nie znalazłbym nikogo innego kto zna te
lasy tak dobrze jak ty. Po prostu... - zawahał się – Nie wiem, może popadam w
obłęd. - oparł się i zadumany przerwał na moment – to przypomina mi sakralne
zachowanie, może wampiryzm albo jakiś i inny dziwny, podziemny kult, który
zbiera krew. - ucichł w
zamyśleniu
-
Oglądasz za dużo dramatycznych występów. Poważnie? Wampiryzm? - przekomarzałam
się, ale miałam cichą nadzieję, że nie mówi poważnie – Jestem pewna, że jest na
to doskonałe wyjaśnienie. To nic wielkiego. Poszperamy dookoła i dowiemy się o
co chodzi. Zadzwonimy do właściwej jednostki sądowniczej. Naprawdę wątpię by
szwendał się tutaj jakiś kult albo fanklub wampirów pijący zwierzęcą krew. -
beztrosko zażartowałam
- Miałem
nadzieję, że nigdy nie będę musiał ci tego mówić. - powiedział nierozbawiony
moim żartobliwym przypuszczeniem
- Mówić
czego? - miałam bardzo złe przeczucie
- Kiedy
zaatakowano twoich ludzi, kiedy twoi rodzice zostali zamordowani... - zaczął
ostrożnie – Wierzyliśmy, że był to wspólny, zaplanowany akt podziemnego kultu.
Słowa
oparzyły mnie, a serce zatonęło jak wywrócona łódź.
Przełknęłam
ślinę.
- Nie
żartujesz, prawda? O jakich „my” mówisz?
- Kyle przykuł moją uwagę.
- Agenci
FBI, którzy nadzorowali sprawę, miejscowi inspektorzy ochrony i ja. Nigdy nie
znaleźli nawet jednego przedstawiciela tego kultu by potwierdzić swoje
przypuszczenia, ale ja nie zapomniałem. - wyjaśnił
-
Myślisz, że to jest z tym powiązane? - usłyszałam strach we własnym głosie, co
było dziwnie obce nawet dla mnie.
- Nie
wiem, ale mam złe przeczucie. Może to nowe pokolenie tego kultu. Może to
jakiegoś rodzaju inicjacja. Albo gorzej, może pierwotny kult wrócił. - westchnął, najwyraźniej przytłoczony – To
wydaje się bardzo nienaturalne i zbyt przypadkowe. - powoli podniósł głowę – To
już długi czas. Prawie siedemnaście lat. Zasadniczo nie wiem co myśleć. -
powiedział wstając i podchodząc do mnie – Nie chcę cie w to wciągać bez
poinformowania w co się pakujesz.
Górował
nade mną prawie trzydzieści centymetrów. Pomimo jego straszliwego rozmiaru,
jego postawa była łagodna i czuła. Wiedziałam, że nie skrzywdziłby muchy.
-
Niebezpieczeństwo, przygoda, niepewność i może nawet uzyskam przewagę nad
mordercami moich rodziców. To lepsze od tego przyziemnego życia, w którym
obecnie żyję. - zadeklamowałam – Chodźmy. - dodałam udając podniecenie,
próbując w ten sposób załagodzić niepokojące napięcie w powietrzu.
*
* *
Kyle
jechał przez godzinę zanim dotarliśmy do jeziora Blair. Żadne z nas nie
powiedziało słowa. Ciężka cisza zawisła w powietrzu. Oboje byliśmy głęboko pochłonięci
przez nasze zawiłe przemyślenia i wspomnienia.
Normalnie
niekomfortowa cisza by nam nie przeszkadzała. Ale teraz było inaczej. To
uderzyło w nasz czuły nerw i oboje po prostu nie mogliśmy tego zignorować.
Wyobrażałam
sobie jak dziwna musi być dla niego praca strażnika z daleka od mojego ojca
przez tyle lat, a teraz doznanie straty poprzez jego córkę idącą obok. Ta myśl
sprawiła, że chłód przeszedł mi po plecach.
Kiedy
przybyliśmy, Kyle wyprowadził mnie około trzy mile zanim musiałam przejąć prowadzenie
gęstym lesie. Wykorzystałam wszystkie moje umiejętności śledzenia i
wyszukiwania, moją drugą naturę odkąd byłam dzieckiem.
Trochę
więcej niż trzydzieści minut później znaleźliśmy poranioną bestię. To była
samica lwa górskiego.
- Hm. -
wydusiłam po wstępnej inspekcji
- Co to
jest? - zapytał ostrożnym tonem
-
Zauważyłeś w tym widoku coś dziwnego? -
napomknęłam, delikatnie przesuwając dłońmi po gładkiej, nietkniętej sierści
pięknej istoty.
Kyle
chodził dookoła mnie po ogromnym kole, starając się rozgryźć o czym mówię.
-
Cokolwiek o martwym zwierzęciu leżącym tutaj od wchodu do zachodu słońca? -
podsunęłam
Zatrzymał
się na chwilę i zerknął na ziemię, jakby chciał odtworzyć coś w swojej pamięci.
Nagle spojrzał na mnie olśniony.
-
Dlaczego nie zostało jeszcze zjedzone? Powinno być padliną. - powiedział nagle
rozumiejąc
- Ona
powinna być padliną, tak. - poprawiłam go
- To co z
nią jest nie tak? - zapytał
Odwróciłam
się do niej, zamartwiając się nad tym samym pytaniem. Miałam własne
spostrzeżenia. Wstałam i rozejrzałam się obracając o trzysta sześćdziesiąt
stopni.
-
Słyszysz? - spytałam, wytężając słuch.
- Co? Nic
nie słyszę. - powiedział, ponownie nie
rozumiejąc co sugeruję.
- Dokładnie! Panuje tutaj śmiertelna cisza.
Brak przewidywania jest tak samo ważny jak nieoczekiwane odkrycie. - odwróciłam się w stronę lwa – Najpierw
skręcono jej kark, potem została wysuszona z krwi. - wspomniałam, sprawdzając
stworzenie z bliska.
- Skąd
możesz to wiedzieć?
- Spójrz
na ziemię. Nie ma śladów walki. Spójrz dookoła jej ciała. Nie ma złamanych
gałązek, zniszczonego mchu, ani nawet nawału liści. - wyjaśniłam –
Najprawdopodobniej nawet nie wiedziała, że coś nadchodzi.
Kyle
spojrzał na swoje stopy spoczywające obok lwa. W jego oczach pojawiło się
oszołomienie.
- Jak ty
to robisz? - spytał
- Moje
podwórko, pamiętasz? - powiedziałam lekko – Widzisz te małe wybrzuszenia z tyłu
jej karku? - wskazałam. Pochylił się by mieć lepszy widok. - To zwichnięte
kręgi gdzie kark został skręcony. Zobacz jak czyste są tutaj rany kłute. Zero
rozdartej tkanki, siniaków albo zabłąkanej kropli krwi. Skoro nie ma śladów
walki, mogę zasugerować, że najpierw została zabita, a potem z wielką precyzją
i dbałością wysuszona z krwi. - powoli okrążyłam bestię, rozmyślając. Kyle
milczał, czekając aż mentalnie odtworzę wszystko na co patrzę. - Zrobił to
jakiś bardzo utalentowany łowca. To zbyt precyzyjne na zwierzę. Zbyt obmyślone
i zaplanowane. - myślałam na głos – Ale również nie mogę sobie wyobrazić
człowieka zdolnego do tego by ją dorwać. Więc skoro to nie było zwierze, ani
człowiek...
- Nie
rozumiem. - powiedział
- Ani ja.
Przynajmniej jeszcze. - powiedziałam odkładając plecak i wyciągając mój zestaw
do dowodów z przedniej kieszeni.
- Co
robisz? - zapytał
- Myślę,
że rany są wypełnione pewnego rodzaju płynem. - wyjaśniłam, zakładając parę
rękawiczek. Sięgnęłam po waciki i sterylny pojemnik na próbkę. Delikatnie
dotknęłam wacikiem rany. Pękła sącząc czysty, lepki płyn. Ostrożnie włożyłam wacik
do sterylnego pojemnika, który z powrotem wsunęłam do torby.
- Marcus
zerknie na próbkę, zobaczę może on będzie mógł to wyjaśnić.
- Marcus?
Marcus ze sklepu z książkami? - zapytał jakby niedosłyszał moich słów
- Tak, ma
rękę do chemii. Przez lata był współczesnym szamanem w rezerwacie. -
powiedziałam
- Hm.
Cóż, będę potępiony. Tylko kiedy myślisz, że wiesz wszystko o tym mieście... -
urwał rozbawiony – Więc co to wszystko jest? - spytał – Co o tym sądzisz?
Wstałam
i przechyliłam moją głowę na jedną stronę, jeszcze raz wizualnie patrząc na
bestię.
- Nie
wiem tak naprawdę. Wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Albo ten przykład
rany ma coś bardzo nieprzyjemnego w sobie i nasi leśni mieszkańcy potrafią to
wyczuć albo cokolwiek zabiło tą bestie nadal gdzieś tam jest. Sądząc po ciszy
panującej w powietrzu prawdopodobnie niedaleko stąd. - dodałam – Coś albo ktoś jest bardzo dobrym
i niebezpiecznym łowcą i gdzieś tam jest.
- Ktoś? -
spytał oszołomiony – Myślałem, że powiedziałaś, że to niemożliwe.
Nagle
wyczułam coś za mną. Zamarłam i głęboko wciągnęłam powietrze. Stanęły mi włosy
na karku. Spojrzałam na Kyle'a by zobaczyć czy też to wyczuł.
Wyglądał
na zupełnie nieporuszonego, wciąż zadzierając głowę i mrużąc oczy desperacko
próbując zrozumieć los górskiego lwa.
Ostrożnie
i powoli obróciłam się na pięcie. Coś lub ktoś tam był.
Nie
miałam pojęcia skąd to wiem. Po prostu wiedziałam.
- Zostań
tutaj. - szepnęłam i w tym samym momencie pobiegłam sprintem w kierunku
nieznajomego. Biegłam szybciej niż myślałam, że to możliwe, zdolna zobaczyć
więcej niż pięć metrów w dal.
Biegłam
i biegłam z przypływem adrenaliny, która szybko przemierzała moje żyły. Nagle
coś na zachodzie przykuło moją uwagę. To był przebłysk, pewnego rodzaju
odbicie. To mogło pochodzić od słońca odbijającego się od lustra lub metalu.
Przeszyło
mnie straszliwe uczucie, a chłód powędrował w dół po moim kręgosłupie.
Coś
było nie tak.
Szybko
się odwróciłam, próbując zidentyfikować źródło błysku. Tam, jakieś pięćdziesiąt
jardów dalej, między drzewami była kobieta.
Jej
twarz była osłonięta przez kaptur, ale kilka kosmków złotych włosów uciekło,
błyszcząc w miejscach, w których uderzały je promienie słońca. Nosiła
wspaniałą, bladoniebieską suknię, sięgającą ziemi. Na wierzchu miała kruczoczarny
płaszcz, który zakrywał resztę jej ciała.
Było
coś bardzo królewskiego w jej prezencji. Przypominała mi królową lub
księżniczkę z minionej epoki.
-
Strażnik lasu Willamette. - przedstawiłam się służbowym tonem – Co tutaj
robisz? Zgubiłaś się?
Cisza.
Zaczęłam powoli iść w kierunku postaci, by jej nie przestraszyć.
- Witaj.
- jej powitanie było dziwnie eteryczne, niczym szept anielskiego głosu – Lakota
Avital od ludzi Kalapuya. - powiedziała jakby zwyczajnie potwierdzała moją
tożsamość.
Zamarłam
na drodze i jeszcze raz głęboko wciągnęłam powietrze, jakbym próbowała coś w
nim wywęszyć. Nie wyczułam niczego niezwykłego tylko wilgotne liście.
Postać
przekręciła głowę na jedną stronę, uważnie mnie obserwując. To był dziwnie
prymitywny ruch.
- Skąd
wiesz kim jestem? Kim ty jesteś? - zażądałam. Celowo ruszyłam do przodu.
Nie
odpowiedziała na moje pytanie.
Oni
nadchodzą – szepnęła, ale jej głos powędrował niemożliwie dalej przez las
niż powinien.
Jeszcze
raz zamarłam, kiedy słowa dotarły do moich uszu. Te same słowa co w moim śnie.
To był ten sam głos.
Ponownie
się powtórzyły, tym razem głośniej.
Oni
nadchodzą...
Zorientowałam się, że
uporczywie kręciłam głową przeciwko głosowi, który rozbrzmiał w mojej głowie.
- Nie!
Nie! - krzyknęłam – Wynoś się z mojej głowy. - wrzasnęłam zaciskając powieki.
Wtedy
głosy ustały i nie było nic poza ciszą.
Otworzyłam oczy gorączkowo szukając kobiety.
Już
jej nie było.
Oni
nadchodzą.
Znowu usłyszałam jej
głos gdzieś za mną, ale kiedy się odwróciłam by ją zobaczyć, nie zastałam
nikogo. Desperacko badałam las, szukając dziwnej kobiety.
Puszcza
była pusta, a straszliwe uczucie nagle
mnie opuściło. To było tak jakby kobieta zwyczajnie zniknęła, a może ona nigdy
nie istniała. Może wyobraziłam sobie
cała tą sytuację.
Nie
byłam pewna.
Powędrowałam
z powrotem do miejsca, w którym zostawiłam Kyle'a, orientując się jak wielki
dystans pokonałam. Powrót zajął mi strasznie dużo czasu.
- Lakota!
– z między drzew doszedł do mnie znajomy głos. Duże dłonie mocno złapały mnie
za ramiona, zaskakując. - Lakota! Nie waż się więcej tego robić. Wszystko w
porządku? Co do diabła robiłaś? - Kyle zażądał odpowiedzi
- Jak
długo mnie nie było? - spytałam
- Uh,
myślę, że jakieś dwadzieścia albo pięćdziesiąt minut. - wydukał zbierając myśli
– Dlaczego? - zapytał spokojniejszym głosem.
- Nic z
tego nie ma sensu. - wymamrotałam. Starałam się wyobrazić te cyfry w mojej
głowie, ale one nie pasowały. Przebiegłam mniej niż milę w las i wróciłam.
Dwadzieścia do pięćdziesięciu minut powinno starczyć na jedną długą wyprawę po
trudnym terenie.
Starałam
się być opanowana. Co do diabła się ze mną działo?
Wszystko
wydawało się okropnie nie na miejscu. To zdarzyło się tak nagle. Bez słowa
zaczęłam wracać do ciężarówki z Kylem po mojej prawej.
-
Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. Co tam się wydarzyło? - zapytał
- Nic mi
nie jest. - wymamrotałam przez zęby.
Mój
umysł jeszcze raz starał się zaprzeczyć temu co słyszałam i co widziałam.
Próbował uzasadnić lub wyjaśnić to w pewien logiczny sposób.
Ale
to po prostu nie pasowało. Nie mogłam ponownie skalibrować odległości jaką
przeszłam i nie ważne jak bardzo próbowałam zaprzeczać, że nie widziałam tych
rzeczy, wiedziałam, że tak naprawdę widziałam, słyszałam i czułam jej obecność.
Zaczęliśmy
jechać z powrotem. Kyle ponownie próbował mnie rozgryźć.
- Proszę,
powiedz mi co tam się stało, Lakota. Wiedziałem, że nie powinienem cię w to
angażować.
- W
porządku. To nic takiego. Po prostu myślałam, że coś zobaczyłam. - przekazałam
tyle ile mogłam wybełkotać.
W
końcu odpuścił.
- Myślę,
że powinniśmy coś zrobić z tym górskim lwem. - powiedziałam
- Tak.
Może w tym przypadku to nie jest dobry pomysł by pozwolić to zrobić naturze. Za
dużo uwagi. Zadzwonię po usługi do spraw zwierząt. Zajmę się tym. - powiedział
- Nie
zawracaj sobie głowy. - powiedziałam, wyciągając telefon by napisać wiadomość.
- Dałam znać Kotanowi i Yuri'emu. Zniknie przed wschodem słońca. - stwierdziłam
- Ok,
dzięki. Ufasz im, tak? Bez obrazy do wojowników, ale nie znam Kotan'a ani
Yuri'ego za dobrze. A co z twoim nowym
dodatkiem do klanu wampirów, Jesse, tak? Oni nikomu nie powiedzą, prawda?
Musimy utrzymać całą tą sprawę w sekrecie dopóki nie dowiemy się co tam się
dzieje.
-
Powierzyłabym wojownikom własne życie. To najlepszy sposób by uniknąć
niepotrzebnej uwagi. Nie chcemy by miasto wpadło w panikę. - przyznałam
Do
końca drogi siedzieliśmy w ciszy, a reszta dnia upłynęła w spokoju. Wydawało
się, że wszystko zlało się w jedną, wielką plamę. Kyle nadal się martwił, wciąż
mnie obserwując, ale nie powiedział już na ten temat ani jednego słowa.
Około
wpół do piątej polecił bym wróciła do domu i odpoczęła. Jednakże przypomniał,
że będzie chciał porozmawiać o tym co się stało.
Zgodziłam
się. Mój umysł nadal był odurzony.
Zanim
zdążyłam się zorientować, minęłam znak „Rezerwat Kalapuya”, wjeżdżając w
błotnistą drogę prowadzącą do naszego małego, białego domu oprawionego w ciemną
czerwień. Wyłączyłam silnik i wyskoczyłam z samochodu. Przez moment pochylona
nad drogą, zebrałam się w sobie, patrząc jak słońce rzuca na niebo piękne,
bursztynowe cienie.
Kiedy
tak stałam coś na zachód od naszego domu przykuło moją uwagę. Zmrużyłam oczy,
aby spróbować dostrzec co to takiego wyglądało jak postać.
Ostrożnie
podeszłam bliżej. Jak się zbliżałam znajome, straszliwe uczucie przepłynęło
przeze mnie falami, przyprawiając o mdłości. Mogłam zobaczyć zarys postaci na
ciemnej scenerii lasu. Widziałam znajomy, czarny płaszcz i kobiecą sylwetkę
ukrytą w cieniu zachodzącego słońca. Poczułam jej intensywną i onieśmielającą
obecność.
To
była ona. Ta dziwna kobieta.
Strach
wdarł się do moich wnętrzności.
Ciężko
przełknęłam.
Moje
kości bolały w znanej dla mnie agonii.
* związany ze snem, odnoszący się do niego; powstały na kształt marzenia sennego
** chodzi o angielskie słowo scouted co znaczy dokonać poszukiwania kogoś lub czegoś w różnych miejscach.
*** Narodowe Biuro Lasów Willamette
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz